Kasia




- A niech to szlak.
Kasia z rezygnacją spojrzała na zegarek. Za 20min. Miała mieć gości, a tu siedzi w aucie w jakimś durnym korku. Przed nią w czarnym Audi dzieci machają do niej misiem, a ona miałaby ochotę wysiąść, trzasnąć drzwiami i iść na piechotę. Że też dała się tak głupio wrobić w tę imprezę. Cały wczorajszy wieczór szykowała różne smakołyki i wystrój, dzisiaj urwała się wcześniej z pracy, alkohol się chłodzi i co z tego? Jeszcze się spóźni na własne urodziny.
Kto to wymyślił, że to musi być akurat dzisiaj? Ona już się odwdzięczy!
Auto za autem, w ślimaczym tempie jakoś dojechała do miejsca, w którym pół ulicy było zatarasowane ? karetka, policja ? pewnie jakiś wypadek. Przejechała obok ? stłuczka na kilka aut.
Wjechała na swój pas i spojrzała nerwowo na zegarek ? pozostaje mieć nadzieję, że się spóźnią ? wcisnęła gaz do oporu.
Jeszcze tylko dwie przecznice i będzie w domu.
Zatrzymała z piskiem opon, wyskoczyła z auta i pobiegła do domu.
Kasia była energiczną brunetką i tylko chwila spędzona na odświeżaniu się od razu dodała jej uroku i wypogodziła. Szybko się przebrała i właśnie ustawiała przekąski, gdy zadzwonił dzwonek.
- Pani Katarzyna Lenc? Kwiaty dla pani.
Kasia odebrała Piękny bukiet róż nie wiedząc, co powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu dostała kwiaty przez posłańca.
Ogromnie jej się to spodobało, była wprost oczarowana. Przy cudownie pachnących kwiatach był bilecik, życzenia urodzinowe od niego! Co za gest.
Wsadziła je do wazonu i ustawiła na widoku, by je jak najlepiej wyeksponować.
- Chyba jest dobrze? - Bardzo chciała, żeby było dobrze. W końcu on miał być po raz pierwszy u niej w domu.
Od miesiąca się spotykali i to dość często, a dzisiaj po raz pierwszy miał wejść do jej królestwa. Zastanawiała się, czy nie za wcześnie udziela mu takiej przepustki, ale to w końcu jej urodziny. Nie będzie nawet myślała, które z kolei. Jak na jej skromny gust, to stanowczo za dużo było już tych urodzin. Jakoś ostatnio coraz częściej się zdarzały, jakby co roku ktoś wyrzucał tydzień, czy dwa z kalendarza.
W sumie, to jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie kilka lat temu jej życie wyglądało zupełnie inaczej. Dni ciągnęły się, wypełnione udręką. Nie należała wtedy do tych przebojowych kobiet, które sukcesywnie realizują swoje życiowe marzenia.
Wtedy jej jedynym marzeniem było dotrwać do następnego dnia.
Natarczywy dzwonek domofonu wyrwał ją z zamyślenia. Był to niechybny sygnał, że u wrót czekają przyjaciółki. Gdy otwierała drzwi, przywitało ją gromkie sto lat, zdzierając gardła przybyłych gości.
- Sto lat szczęścia i miłości! Miłości kopciuszku, to nawet i dwieście!
- No proszę, jak nasz Kopciuszek wypiękniał. Co to miłość nie robi z człowieka!
Rozszczebiotana trójca już przeszła do pokoju. To były jej najbliższe przyjaciółki od wielu lat. To ona w najtrudniejszych chwilach podtrzymywały ją na duchu i nie pozwoliły jej się kompletnie załamać. Zawsze były przy niej, wspierały dobrym słowem i dodawały wiary, że życie może być normalne.
- Lucyna przyniosła płytę z najnowszymi przebojami.
Jak one wiedziały, że nigdy nie była na bieżąco. Nieraz śmiały się z jej gustów wielkiej miłośniczki muzyki poważnej. Tę dzisiejszą to i owszem, słuchała, a nawet lubiła niektóre kawałki, ale nigdy nie była na bieżąco. Zresztą, jak można nadrobić tyle straconych lat?
Przez siedem lat żyła nie swoim życiem, nie dla siebie. Wciąż pod presją, zawsze wszystko musiało być na picuś glancuś. I to nie tak, jak ona chciała, tylko tak, jak było to akurat wygodne jej panu i władcy ? czyli człowiekowi, któremu przed ołtarzem przysięgała dozgonną miłość.
- Maleńka, masz tu drobnostkę na szczęście. - Agnieszka podała jej paczuszkę, jeszcze raz życząc wszystkiego najlepszego. - A to ode mnie. - Kaja, jak zwykle najbardziej z nich wszystkich skora do psot, wciskała jej w ręce ogromną paczkę.
Na stole wylądowała butelka wódki ? Najlepsza do drinków ? oznajmiła Lucyna
- Wow, ale kwiaty! Popatrz tylko Aga, ja przez całe życie nie dostałam takiego bukietu!
- Ja też nie. Przelicz.
- Raz, dwa,... - przeliczały, wąchając każdy po kolei ? siedemnaście, osiemnaście. No, no... To mamy tu jakąś osiemnastkę? Ile to masz lat?
- Patrzcie, jaka ciekawska. - Kasia udała oburzoną ? jakbyś nie wiedziała, to odejmij sobie rok od swojej metryki. A poza tym nie widzisz, że zawsze osiemnaście? - rzuciła już za siebie znikając w kuchni.
Nastawiając wodę na kawę, słyszała beztroski śmiech w pokoju.
- A tak chciałam zdążyć, żeby zobaczyć twoją minę. Ale Lucyna zawsze grzebie się jak mucha w smole. - Kaja postanowiła jej pomóc i przy okazji udzielić jeszcze kilku przyjacielskich rad.
- To ty wiedziałaś? Czy może wszyscy wiedzieli oprócz mnie?
- Nie Kopciuszku, tylko ja wiedziałam. Przecież ci mówiłam, że będziesz zaskoczona. A to dopiero początek.
- Całkiem miły. Mogłabym mieć takie urodziny chyba co tydzień. Weź. - wręczyła jej dzbanek z sokiem. W tym momencie dzwonek zadzwonił jeszcze raz.
- Pamiętaj, myślę, że on to bierze na poważnie. - Kaja zdążyła jeszcze dorzucić.
W drzwiach stanął wysoki, przystojny brunet w garniturze. Kasia czuła się nieco skrępowana taką sytuacją ? w końcu po raz pierwszy mieli się spotkać towarzysko w takim gronie.
Oczywiście życzenia przyjęła niemal ze szkolnym dziękuję.
Dziewczyny, jak je nazywała, pijąc drinki zażądały ? Teraz prezenty, otwieraj prezenty.
Śliczny, kryształowy słonik z zadartą trąbą bardzo jej przypadł do gustu.
- Słonie ponoć przynoszą szczęście. Tylko pamiętaj, że musi stać zwrócony trąbą w stronę okna.
Postanowiła, że prezent, a raczej prezenty od Michała zostawi sobie na deser. Zabrała się za rozpakowywanie ogromnej paczki. Gdy ją już otwarła okazało się, że w środku znajduje się następny karton, przewiązany śliczną kokardą, a w nim następny. Wśród ogólnego śmiechu rozpakowała w sumie pięć takich kartonów, każdy przewiązany wstążką w innym kolorze. W końcu dotarła do zasadniczej zawartości. Była to Baba Jaga na miotle, w stylu tych do powieszenia pod sufitem. Dosyć sympatyczne i co najważniejsze, wśród komentarzy wyciskało łzy śmiechu.
W końcu przyszła kolej na prezenty od Michała. Jedna paczuszka zawierała seksi bieliznę, jakiej Kasia nigdy jeszcze nie miała. Czuła, jak się czerwieni ? czyżby jakaś sugestia? - pomyślała rumieniąc się jeszcze bardziej ? Mam nadzieję, że nie. Gdy już wszystkie wyraziły swoje ochy i achy, dobrała się do ostatniej paczuszki. Choć nieco zdążyła ochłonąć, palce jej się plątały, ale gdy już dotarła do zwartości, poczuła się jak porażona. W środku znajdowało się pudełeczko ze złotym serduszkiem na łańcuszku i takimi samymi kolczykami. Kasia poczuła się sparaliżowana. W pokoju zapanowała cisza. Czuła na sobie wzrok wszystkich obecnych, czuła jak jeszcze bardziej się czerwieni ? o ile w ogóle było to możliwe ? i nie potrafiła wydobyć z siebie ani jednego słowa. Uświadomiła sobie, że wszyscy czekają na jej reakcję, a ona wstrzymuje oddech. Wybąkała w końcu jakieś dziękuję, choć z pewnością gdyby byli sami, w przypływie wdzięczności zrobiłaby to inaczej. Jedyną złotą ozdobą jaką do tej pory posiadała, była jej ślubna obrączka, którą zresztą swego czasu jej mąż wymienił na butelkę wina. Taką miała dla niego wartość. Cała butelka kiepskiego wina, byle zagłuszyć alkoholowy głód.
Ze wzruszenia łzy stanęły jej w oczach. Zauważyła zaskoczenie Lucyny i Agi i z ulgą odnotowała, że nie miały wcześniej o niczym pojęcia.
Rozładowując napięcie, do akcji wkroczyła Kaja. Nastawiła muzykę ? najnowsze przeboje, nie żadne mdłe kawałki i uniosła drinka w toaście.
- No to za naszą solenizantkę... Żeby wreszcie znalazła szczęście!
Znów rozległo się chóralne sto lat i stopniowo towarzystwo wrzucało na luz.

Nawet się nie spostrzegła, a wieczór już się kończył. Przyjaciółki, odebrane przez jednego z mężów, przyjmującego na siebie brzemię prywatnego szofera wyszły, życząc jeszcze raz szczęścia Pozostałą sama z Michałem.
Pracowali w jednej firmie i znali się od kilku lat. Michał był informatykiem i trzeba przyznać, że był dobrym fachowcem. Właściwie to Kaja znała go dużo lepiej z prostego powodu ? mieszkali na jednym osiedlu. Łączyła ich nie tylko praca, ale również zwykłe, codzienne życie sąsiadów, przypadkowe spotkania w sklepie, wyrzucanie śmieci itd.
Gdy usłyszała, że poprosił Kasię o randkę, zaczęła więcej jej o nim opowiadać. Zawsze grzeczny, uprzejmy, niemal szarmancki. Nigdy nie odmawiał pomocy, choć tak jak wszyscy, czasami miał swój gorszy dzień. I choć był już po trzydziestce, to nadal był wolny. Należał do tego gatunku, co to choć przystojny, schludny, to jednak szybko jego twarz ulatuje z pamięci.
Kasia w tym względzie nie stanowiła żadnego wyjątku. Owszem, lubiła go ? jak większość kolegów z pracy ? ale nie zwracała na niego szczególnej uwagi. Wszystko zaczęło się, gdy pewnego feralnego dnia w ich dziale seryjnie zaczęły strajkować komputery.
- Pani, pani Kasiu obiecała mi kawę. - niby się przypomniał
Kasia przeżywała właśnie okres towarzyskiego odreagowania i choć jej się wydawało, że żadnej kawy nie obiecywała, jednak głowy by nie dała. W końcu po latach życia w towarzyskim celibacie, gdy przyjaciółki robiły wszystko, by wrócić ją światu, wszystko było możliwe.
- Nie ma sprawy, zaraz zrobię.
- Ale obiecała mi pani kawę poza pracą. - i cóż biedny kopciuszek miał powiedzieć? Oczywiście, zgodziła się.
Gdy poinformowała przyjaciółki z kim się umówiła, usłyszała całą masę sprzecznych opinii. Kaja oczywiście była za, choćby nawet ze względu na samo wyjście z domu. Lucyna za to miała pełno obiekcji. A to że stary kawaler, a wiadomo jacy oni są, a to że gburowaty, no bo jak mógł ją kiedyś tam pouczać w temacie obsługi programu. W końcu to ona pracuje na tym starym trupie, a tak przy okazji to firma mogłaby dać jakiś porządny sprzęt.
Jedynie Aga w całej sprawie milczała, nie mając własnego zdania na jego temat.

Czas mijał niepostrzeżenie. Gdyby ją ktoś zapytał, o czym rozmawiali, nim zrobiła się późna noc, z pewnością nie potrafiłaby odpowiedzieć.
- Zrobię jeszcze kawy ? postanowiła i wyszła z pokoju.
Musiała przyznać, że czuła się niesamowicie wyróżniona. Nastawiła wodę i właśnie w tym momencie zaświtał jej diabelski pomysł ? Tak. Kaja mówiła, że on bierze wszystko tak poważnie, więc może... ale czy się odważy? Trudno, mówią że raz kozie śmierć. - sama siebie nie poznawała.
Nasypała do miniaturowych filiżanek kawy i nim woda zaczęła się gotować wyszła do łazienki. W pośpiechu ubrała się w seksi bieliznę, delikatnie przejechała dłonią po koronkach, sprawiających wrażenie mgiełki, włożyła naszyjnik z białych pereł (przetrwały jedynie dlatego, że starannie go ukryła) i narzuciła jedwabny szlafroczek. Spojrzała w lustro krytycznym okiem i uśmiechnęła się.
- Trudno. Co będzie, to będzie.
Chwilę później wchodziła do pokoju niosąc tacę z filiżankami. Coś w niej puściło. W tej właśnie chwili chciała być piękna i podobać się. Podniosła oczy i napotkała wzrok, jakiego nigdy nie widziała w oczach własnego męża. W tym momencie słowa były niepotrzebne, mogły jedynie wszystko zepsuć. To był podziw. Nieskrywany i niekłamany podziw.
Boże, spraw by to wystarczyło, by rozmrozić moje serce. - modliła się bezgłośnie.
Już świtało, gdy ciągle siedząc mu na kolanach nadal rozmawiali.
- Właściwie zdobyłam jako taki spokój, jakoś to życie zaczęło mi się układać. Przynajmniej tak mi się wydaje. I tylko o jedno cię proszę ? żebyś mnie nigdy nie skrzywdził. W żadnym znaczeniu.
- Nie powinnaś się w ogóle tego obawiać. Nie ma takiej możliwości.
Gdy zamykała za nim drzwi, było już zupełnie widno.


* * *



Kasia siedziała zamyślona nad otwartym zeszytem. Po tych pamiętnych urodzinach postanowiła zacząć spisywać pamiętnik.
Właściwie to dwa pamiętniki. Założyła dwa zeszyty ? w jednym spisywała na bieżąco wydarzenia, spostrzeżenia i własne lub obce przemyślenia, a w drugim.... Drugi zeszyt był dla niej większym problemem, gdyż był jej prywatnym rozliczeniem z przeszłością. Musiałą w jakiś sposób zostawić ten rozdział za sobą, by nigdy do niego już nie wracać. I choć miałą tak zwane przyjaciółki od serca, to jednak stwierdziła, że tak naprawdę o wszystkim nie może, czy nie umiałaby z nimi rozmawiać. A musi to z siebie wyrzucić.
Miała oczywiście w domu wypasiony komputer, mogła usiąść sobie wygodnie, otworzyć go, utworzyć folder, pisać, zapisać i po sprawie. Pisanie na komputerze jest proste. Można zawsze do czegoś wrócić, zmienić, poprawić... można wymazać... Wszystko wtedy wygląda elegancko, przejrzyście i logicznie. Ale jej wcale nie o to chodziło.
Po namyśle stwierdziła, że tak można pisać jakieś oficjalne pisma, czy jakieś notatki dla innych osób. Taki sposób pisania po prostu nie ma duszy, nie żyje własnym życiem. Zrobiła nawet kiedyś taką małą próbkę ? zapisała zaledwie kilka stron, a potem przeczytała. I właśnie wtedy ze zdziwieniem odkryłą, że nie poznaje w tym siebie, jakby czytała czyjeś inne życie, obojętny wstęp do nieznanej książki. Wtedy właśnie postanowiła założyć dwa zeszyty.

Gdy zorientowała się, że machinalnie bawi się trzymanym długopisem ciężko westchnęła, odłożyła go, przeszła do kuchni i nalała sobie mleka. Nie przepadała za tym kupnym, odtłuszczonym. Wychowana na wsi uwielbiała popijać mleko jeszcze ciepłe, prosto od krowy. To kupne wydawało jej się bez smaku. Ale cóż miała zrobić? Przecież nie będzie w bloku hodować krowy.
Czasami, gdy wybierała się do ciotki na wieś wyprawiała sobie mleczną ucztę.
Stałą w kuchni i popijając małymi łykami mleko przypominała sobie, jak to było kiedyś, jeszcze w jej rodzinnym domu. Z perspektywy lat doskonale rozumiała, że nie miała łatwego dzieciństwa. W ogóle jej rodzina nie miała łatwo. Ale wtedy jej to zupełnie nie przeszkadzało, całą sytuację uważała za normalną.
Matki w zasadzie nie pamięta. Była jeszcze zupełnie mała, gdy zmarła. Po matce zostało jej jedynie stare zdjęcie w ramce. Dobrze, że się jakoś uchowało. Kiedyś będzie się musiała wybrać z tym zdjęciem do fotografa. Potrafią teraz zrobić różne cuda i z zupełnie zniszczonych fotografii odtworzyć całkiem przyzwoite zdjęcia. Każe odnowić i powiększyć tak, by mogła z niego zrobić portret.
Zdjęcie było naprawdę stare, jeszcze z czasów panieńskich jej matki i miało niesamowite kolory i atmosferę. Chciała zachować w portrecie ten urok ? młoda panna na tle krzewu róż.
Zawsze uważała zdjęcie za bardzo romantyczne.
Ance, jej starszej siostrze, dostał się zamykany medalik z wprawionym miniaturkowym portrecikiem mamy. To była prawdziwa pamiątka. Zawsze jej zazdrościła. Przede wszystkim tego, że znała ich mamę miała siedem lat, gdy zostały półsierotami. Ona sama zaledwie dwa. I nie pamięta niczego. Nawet żadnej sukienki, albo jakiejkolwiek innej jej rzeczy. Była za mała, by cokolwiek pamiętać z tamtego okresu. Zawsze jej się wydawało, że jest przez to gorsza. I nawet nie może mieć do nikogo o to pretensji ? była gorsza.
Dobrze pamięta te popołudnia, gdy siadywała ojcu na kolanach i z zapartym tchem słuchała opowieści o mamie. O tym co robiła, co lubiła, jaka była piękna i jak je kochała. Zawsze wtedy odpływała na falach fantazji, jakby oglądała ukochaną bajkę. Zawsze tak było. Do momentu, w którym w opowieść zaczynała wtrącać się Anka. Przechwalała się wtedy, co razem z mamą robiły i domagała się potwierdzenia, jak bardzo jest do niej podobna.
Dziecięce serduszko Kasi na takie dygresje siostry krwawiło z żalu i ze złości. Powtarzała, że to niesprawiedliwe, że ona nie pamięta mamy. Później, gdy była już nieco starsza zrozumiała, że Anka robi to specjalnie. Pewnie w ten sposób chciała nad nią dominować, wytykając po dziecięcemu jak znałą mamę i jak były sobie bliskie. Wtedy, jako pięcio, czy siedmiolatka nie mogła wiedzieć i rozumieć tego, że jej siostra przeżywa katusze panienki wchodzącej w okres dojrzewania, która nie ma z kim porozmawiać o swych dziewczęcych problemach. Ich ojciec owszem, był cudownym człowiekiem, ale był tylko mężczyzną, a ona dramatycznie potrzebowała wsparcia matki. Nie mogła przecież rozmawiać nawet z najlepszym ojcem na świecie o problemach i rozterkach dziewczęcych, o pierwszych miłościach i niepokojach serca.
Pewnego razu, jakiś rok przed pierwszą komunią Kasi, w odwiedziny przyjechała do nich ciotka Agata, młodsza siostra mamy. Przyjechała niby na wakacje, ale dużo później Kasia zrozumiała, że sprawa byłą z góry ukartowana. Z miesiąca wakacji na wsi najpierw zrobiły się dwa, później trzy, cztery, aż w końcu nie zauważyły kiedy stała się domownikiem. Anka z początku trzymała się an dystans, lecz wkrótce zaczęła się przed nią otwierać i niedługo trawało, jak zwierzała się jej już ze wszystkiego jak przed matką, znajdując w niej powiernicę i przyjaciółkę.
Natomiast z nią było zupełnie inaczej. Jako mała dziewczynka była bardzo skryta. Zawsze chodziła po polach własnymi ścieżkami, niczym kot, albo przesiadywała całymi dniami w stodole.
Kochała zwierzęta, szczególnie koty. Miała pod swoją opieką całą zgraję wiejskich kotów. Miała swoją kryjówkę za stodołą, pomiędzy pozostałościami po rozlatującej się szopie obok starego dębu, a polem kartofli. Była tam naturlna, niezbyt wielka jama, ale na potrzeby kilkuletniego dziecka wystarczająca. Czasami wykradała z kuchni różne smaczne kąski i zanosiła je do swojej norki. Okoliczne koty, jakby wyczuwając obietnicę łatwego obiadu, zawsze bezbłędnie odnajdywały do niej drogę.
Do domu niezmiennie wracała o zachodzie, cała wymazana i wiecznie podrapana. Często tak się kończyło, gdy jej podopieczni mieli już dość przymusowych pieszczot. W tym czasie koty były jej jedynymi przyjaciółmi. To dla nich zmyślała i im opowiadała bajki o dobrej wróżce Kasi, która wiecznie szybując na różowym, puchatym liściu uratowała stado kociątek przed niechybną śmiercią w kłach otaczającej ich bandy dzikich i wściekłych psów. Albo bajkę, w której występowała jako księżniczka więziona na dębie przez złego dzięcioła. Z opresji ratował ją kot, który akurat najgłośniej i najchętniej mruczał. Unosił ją później na grzbiecie do wspaniałęgo pałacu, gdzie już czekał na nią piękny i dobry książę. Jakiejkolwiek by nie wymyślała bajki, jedno się nigdy nie zmieniało ? zawsze główną rolę odgrywała ona sama i jej ulubione koty.
Późną jesienią, gdy na świecie panowałą szaruga, snuła się po kątach nieszczęśliwa, że nie może przebywać w swych ulubionych miejscach. Za to gdy świat we władanie brałą zima, wstępowałą w nią energia ze zdwojoną siłą. Wymykałą się z domu, by poślizgać się na pobliskim stawie, lub przynajmniej pozjeżdżać z dachu stodoły. Kiedyś takiej wyprawy omal nie przypłaciła życiem. Miała już serdecznie dość wysiadywania w domu, czy grzecznego lepienia bałwanów. Wybrałą się na staw. Lód był jeszcze świeży i w pewnym momencie nie wytrzymał jej akrobacji. Nawet nie było specjalnie słychać trzasku pękającej tafli. Na szczęście w pobliżu akurat znalazł się sąsiad i bez namysłu ruszył jej na pomoc. Inaczej pewnie dopiero na wiosnę dowiedzieliby się, co się właściwie stało i gdzie zaginęła. Po tym incydencie miała kategoryczny zakaz kręcenia się choćby w okolicach stawu. Idealnym dzieckiem to ona nie była, o nie. - uśmiechnęła się smutno do wspomnień.
Kasia Kasia Reviewed by Dorota Kuryło on lutego 10, 2018 Rating: 5

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.