wayang znaczy cień

rozdział I



Gdy tak siedzę w tym białym pokoju, wyzutym z wszelkich uczuć, pokoju bez duszy, zastanawiam się, kto z moich przodków i czym tak obraził Boga, że do dziś wszyscy za to płacimy. I jak długo jeszcze? Gdy tak patrzę w twarz wnuczki, nawet we śnie wykrzywionej grymasem bólu, pytam Boga: co Ci zawiniliśmy? I czy to właśnie na niej ma się wszystko zakończyć?
Dobrze wiem, że pewnie miliony rodziców na całej ziemi przede mną zadawały te same pytania, które mi towarzyszą od kilku miesięcy. Pewnie niezmiennie pytali jak ja: dlaczego Boże właśnie ona? Dlaczego? I pewnie jak ja ciągle powtarzali, że ta takie niesprawiedliwe. Bo to jest niesprawiedliwe. Marianna jest jedynym i ostatnim dowodem, że i ja kiedyś byłem młody i wiedziałem, co to miłość. A teraz w perspektywie pozostaje mi jedynie świadomość, że i to zostanie mi odebrane i że w całkiem niedalekiej przyszłości nie pozostanie nawet ślad po naszym istnieniu.
Spoglądam na moje sześćdziesięciosiedmioletnie, wypielęgnowane dłonie. Choć nigdy nie musiały doświadczyć ciężkiej fizycznej pracy, jednak czas i tak wycisnął na nich swoje piętno. Pogrubiałe i zaczerwienione stawy są najlepszym dowodem, że dobrał się do nich podstępny reumatyzm. Kolana z wiekiem też zrobiły się jakieś sztywne. Ale nie narzekam. W końcu swoje przeżyłem. Ja przynajmniej coś przeżyłem.
Wstaję i podchodzę do okna, by trochę rozprostować kości. Pomimo, iż okno jest otwarte na oścież, w szpitalnym pokoju wisi ciężkie powietrze. Lato w tym roku jest wyjątkowo upalne. W statystykach podawali, że ostatnie tak upalne lato zdarzyło się pięćdziesiąt trzy lata temu! Nachodzi mnie taka refleksja, że nie wszyscy w ciągu całego swojego lata mają szansę doświadczyć takiego lata.
Z okna dostrzegam dzieci bawiące się w parku. Jak miło jest patrzeć na rozwijające się życie. I znów buntuję się przeciw własnemu losowi samotnika.
Do pokoju weszła młoda pielęgniarka. Sprawdziła skapującą powoli kroplówkę, czyli wykradziony bonus w postaci dodatkowych godzin życia.
- Robi się już późno. Może by pan poszedł trochę się przespać? Dziś i tak nic pan nie pomoże.
Patrzy na mnie z karcącym współczuciem. A ja jak dziecko proszę o jeszcze jedną małą chwilkę obiecując, że zaraz sobie pójdę. Jeszcze trochę siedzę przy łóżku, delikatnie głaszcząc wychudłe dłonie wnuczki. Muszę się ich nauczyć na pamięć.
Kto wie, jak długo jeszcze będę mógł ich dotykać?
Gdy opuszczam oddział, odprowadzają mnie spojrzenia pełne litości. Nie cierpię tych spojrzeń, jak nie cierpię litości.

Na ulicy stwierdzam, że niebo poszarzało. Wiatr muska mnie po gołych skroniach. Niechybnie zbliża się burza. Bardzo dobrze. Przynajmniej powietrze może trochę zelży i uda się dziś w nocy trochę przespać. Do hotelu mam dwa przystanki autobusem, ale postanawiam się trochę przejść. Po niemal całym dniu czuwania w szpital, dobrze to zrobi moim starym kościom. Nie spieszę się i nim docieram do hotelu, wiatr porządnie przybiera na sile, a niebo straszy odległymi jeszcze grzmotami i obiecuje choć chwilowe wytchnienie od upału.
W recepcji wita mnie ten sam co wczoraj korpulentny młodzieniec z różowymi policzkami i katarem. Ciekawe, skąd ludzie biorą przy takiej pogodzie katar?
Ostatnio, gdzie się nie obejrzę, cały świat wydaje mi się chory. Jakby jakaś plaga padła na rodzaj ludzki i nie było już ani jednego zdrowego osobnika.
Od jakiegoś czasu jestem tak częstym gościem tego hotelu, że prawie wszystkich znam już po imieniu. Ten pączuszek to Jacek. Zaraz przypomina mi się dziecięca wyliczanka: Jacek, placek na oleju ? i momentalnie sam siebie karcę w myślach. Choć szczerze mówiąc, wyliczanka pasuje do niego idealnie.
Postanawiam skorzystać z hotelowej restauracji i w samotności wypijam lurowatą kawę, obserwując przygotowania Hani do zamknięcia. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że jest już tak późno.
W pokoju w pierwszym rzędzie otwieram okno, by wpuścić trochę "sprawiedliwości", jak mawiał mój ojciec na świeże powietrze. Kładąc się na łóżku, załączam po cichu telewizor, szukając czegoś w miarę ciekawego. Jeden kanał ? informacje, inny ? jakiś horror. To dobre dla małolatów, nie mających żadnych problemów w życiu. Szukają mocniejszych wrażeń i chyba jeszcze nie wyrośli z bajek. Bo w prawdziwym życiu horrorów jest aż nadto.
Przerzucam dalej kanały. Reklama proszku do prania, w żaden sposób nie związana z proszkiem. Dalej ? coś gotują, to zupełnie nie dla mnie. Inne kanały ? jakiś balet, znów reklama, reklama. Patrzę na zegarek. No tak. Jest pełna godzina, to na większości kanałów będą nękać naiwniaków reklamami. Zatrzymuję się na jakimś programie informacyjnym. Na Bliskim Wschodzi znów się biją. W sumie to nic nowego. Człowiek do tego już przywykł, jak do reklam w środku filmu i to akurat w najciekawszym momencie.
Na wybrzeżu ostrzegają przed gwałtownym załamaniem pogody i sztormem. W Chinach katastrofalne powodzie. To wszystko niby efekt globalnego ocieplenia. A u nas znów obiecują 35*C w cieniu.
Wyłączam, telewizor i pogrążam się w ciemnościach z nadzieją, że może w końcu dopadnie mnie sen.


* * *



W czasie ostatniego pobytu w domu, musiałem zrobić remanent na strychu. Pomagał mi Jurek, syn sąsiada. Sam niestety nie dałbym sobie już rady z przestawianiem zakurzonych gratów. Nazbierało się tego wszystkiego przez lata. Część rzeczy to prawdziwe antyki, ale zupełnie spora część, to niestety prawdziwe graty. I nie wiadomo po co je jeszcze trzymam. Jedynie z powodów czysto sentymentalnych. Zresztą nie ważne.
Trochę czasu zajęło, nim dostaliśmy się do starego biurka Marty. Tam bowiem spoczywała szczelnie zamknięta, drewniana szkatuła.
Siedząc teraz w hotelowym fotelu, trzymam ją na kolanach i starając się zapanować nad emocjami, dotykam wieka, jak reliktu. Muszę zapanować nad napływającymi pod powieki łzami. Jeśli nie uda mi się to teraz, to niby jakim cudem dokonam tego przy Mariannie? Kilka głębokich wdechów i podnoszę wieko.
Przez te wszystkie lata, spoczywające wewnątrz kartki zdążyły zżółknąć, a atrament nieco wyblaknąć. Lecz pismo nadal jest czytelne. Marta zawsze miała bardzo staranny charakter pisma. Nie tak, jak ja. Zawsze powtarzała, że piszę jak kura pazurem. Niestety nigdy się to nie zmieniło.
Delikatnie wyciągam stosik zapisanych kartek. Odkładam pierwszą kartkę, z malunkiem stojącej na plaży młodej kobiety, zapatrzonej w dal oceanu. Następna kartka zawiera tytuł. A raczej tytuły.
Marta nie potrafiła się zdecydować. Różnymi kolorami zapisała: wakacje w raju / taniec ze storczykiem / pamiątka z raju Odkładam kartkę na bok. Następna zawiera dedykację : Mojej ukochanej nienarodzonej córce Mariannie. Dziękuję że jesteś i zawsze będziesz.
Gdy czuję, że po policzku spływa mi jednak zdradziecka łza, przypominam sobie, że ostatnim razem lekarz zabronił mi dużych emocji. A w stresujących sytuacjach nakazał brać jakieś pigułki. Nie znoszę pigułek. Ale dla dobra Marianny zrobię ten wyjątek i połknę to świństwo.
Wkładam na powrót kartki na miejsce i zamykam szkatułkę. Tabletka z trudem przechodzi mi przez gardło, choć popijam solidnie. Widać nie jestem stworzony do łykania proszków.

Gdy przechodzę długim korytarzem, witają mnie smutne uśmiechy.
- Dzień dobry panie Biernacki. Wnuczka właśnie zjadła śniadanie.
Mój uśmiech wypadł z pewnością jeszcze bladziej. Już ja wiem, jak wygląda to jej śniadanie. Łyżka rzadkiego kleiku i to wszystko. Ach. I jeszcze kubek niezidentyfikowanego płynu do popicia.
Zatrzymuję się i robię kilka głębokich oddechów, by wyglądać w miarę naturalnie. Gdy wchodzę na salę, pielęgniarka akurat poprawia poduszki. Pyta, czy jest jej wygodnie. Sprawdza jeszcze nieodłączną kroplówkę i wychodzi.
- Witaj kochanie. Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin. - delikatnie całuję ją w oba policzki. Czasami boję się, by mi się nie rozsypała pod dotykiem.
- Witaj dziadku. - na pierwszy rzut oka widać, że mówi z wysiłkiem. Boże, jak długo mi jeszcze będzie dana? Dlaczego mam umierać ostatni?
Ludzie wydają fortuny w poszukiwaniu jakiegoś cudownego eliksiru nieśmiertelności. A przynajmniej wydłużenia do granic możliwości ludzkiego życia. Ci głupcy nie mają pojęcia, czego szukają. Każdy z nich powinien się raczej modlić o to, by nie mógł patrzeć na śmierć własnych dzieci i wnuków.
- Wspaniała osiemnastka, prawda? - nie mogę się nadziwić, że też ona może mieć jeszcze siłę żartować. Choć to dobrze. To znaczy, że jest silniejsza,
odporniejsza ode mnie.
- Wiesz, że nie można tu przynosić kwiatów. Ale mam dla ciebie coś innego. A szampana wypijemy razem, jak ci już pozwolą. Przez uchylone okno wpada świeże, jeszcze rześkie, poranne powietrze. Marianna patrzy na mnie z zaciekawieniem. Wyciągam starą szkatułkę i przez chwilę zastanawiam się, jak jej to przekazać. Kiedyś często pytała rodziców. Mogłem jej opowiadać jedynie o matce. Jej ojca niestety nie zdążyłem poznać. Teraz jej mogłem przekazać to, co w zasadzie zawsze do niej należało.
Zorientowałem się, że moja wnuczka wygodnie się ułożyła w pozycji półleżącej i bacznie mnie obserwuje. Czasami odnosiłem wrażenie, że posiada jakiś dodatkowy zmysł, niczym deszyfrator cudzych myśli. Jeszcze raz, może po raz ostatni pogładziłem pudełeczko.
- Nie poznajesz tego, prawda? - nie mogłem wymagać, by udzieliła tak oczywistej odpowiedzi. I wcale się tego nie spodziewałem ? Ta szkatuła kiedyś należała do twojej mamy. Przechowywała w niej swoje szkice z różnych podróży i inne drobiazgi. Ale gdy chodziła z tobą w ciąży, postanowiła napisać powieść. Historię młodej dziewczyny, która w czasie wakacji zakochuje się. Była bardzo szczęśliwa, gdy to pisała. Później miała zamiar poprawić ją tak, by nadawała się do druku. Pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo wiele młodych dziewcząt snuje takie plany, gdyby nie to, że jest ona ze specjalną dedykacją dla ciebie. To historia jej jedynej miłości.
Zastanawiam się, czy dobrze robię. Niemal słyszę, jak serce mojej wnuczki zwalnia, prawie staje, by po chwili gwałtownie przyspieszyć. A jeżeli jej takie przeżycia zaszkodzą? Trudno. Już raczej za późno, by się wycofać. W końcu ma prawo znać prawdę.
- W zasadzie, to zawsze to należało do ciebie.
Kładę jej szkatułkę na podołku. Marianna delikatnie bada rzeźbione wzory wieczka. Otwiera. Pierwsza strona z projektem okładki. Długo się w nią wpatruje.
- Czy to?...
- Myślę, że namalowała samą siebie.
Po nie kończącej się chwili odkłada kartkę. Strona tytułowa. Wpatruje się w nią tylko przez chwilę i widać, że nie bardzo rozumie. Następna jest strona z dedykacją. Patrzę jak przebiega wzrokiem po gładkim piśmie matki. Jeden raz, drugi, trzeci... Stopniowo jej oczy robią się szkliste i wpatruje się już niewidzącym wzrokiem.
Ta chwila wydaje się trwać w nieskończoność. Czuję jednak, że nie mam prawa jej tego przerywać. Oto trzyma w ręku coś, co jej matka kieruje bezpośrednio do niej. Wreszcie spogląda na mnie.
- Przeczytaj. - prosi zachrypniętym szeptem.
Delikatnie wyciągam jej z rąk plik zapisanych kartek. Marianna przeciera oczy. Kilka głębokich wdechów i z bladym uśmiechem oświadcza:
- Jestem gotowa. Czytaj.
Sprawdzam pod słońce okulary. Jeszcze jeden dowód upływającego czasu. Kilka niezgrabnych ruchów chusteczką po szkłach.
Jeszcze raz czytam stronę z dedykacją ? Mojej ukochanej, nienarodzonej córce Mariannie. Dziękuję że jesteś i zawsze będziesz.
Spoglądam na Mariannę. Gdy odkładam tę kartkę, przymyka oczy splatając dłonie. Czuję, jak coś dławi mnie w gardle i zastanawiam się, jak mocne są te proszki, przepisane przez lekarza. Mam nadzieję, że dość mocne i że nim skończę czytać, nie rozkleję się. Muszę jeszcze raz odchrząknąć i zaczynam czytać.
wayang znaczy cień wayang znaczy cień Reviewed by Dorota Kuryło on lutego 10, 2018 Rating: 5

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.