Gra cz.3.



Jeszcze nim przekroczyli próg, pani Zosia, pomoc domowa i kucharka w jednym, usłyszała wesołe głosy. Śmiech należał do odgłosów niezwykle rzadko goszczących w tym domu już od kilku lat.
- Kochana Pani Zosiu – Zygmunt strzepywał z włosów pierwszy tegoroczny śnieg – szkoda, że pani tego nie widziała. To się nazywa rozłożyć kogoś na łopatki. To był czysty pogrom.
Roześmiani, wygodnie ulokowali się w fotelach. Prócz Roberta, Zygmuntowi towarzyszył jego długoletni przyjaciel Dominik z żoną. Dominik był dość pulchnym mężczyzną o bladej cerze i kręconej blond czuprynie. Był szczerze lubiany za swoje poczucie humoru i pewną niezgrabność, która czasami doprowadzała do śmiechu przez łzy.
W dzieciństwie nienawidził swojego imienia, kojarzącego się niezmiennie z dobranocką o słoniu Dominiku. Ponieważ nigdy nie należał do tych szczupłych, zgodnie z zasadą, że kto się czubi, ten się lubi, koledzy wołali na niego po prostu Słoń. Dopiero, gdy zapisał się na kurs karate, a w kinach leciał film o policjancie Nicku, który sam rozpracował i walczył z bostońską mafią, zapomniano o Słoniu i został Nickiem.
Ożenił się na trzecim roku studiów z pięknością z domieszką azjatyckiej krwi. Wszystko jednak wskazywało na to, że to małżeństwo nie należało do najszczęśliwszych i że poza sypialnią, dla świata utrzymuje się jedynie dzięki grze pozorów. Jednak oboje byli serdecznymi przyjaciółmi Zygmunta.
- Niech sobie pani wyobrazi – ciągnął dalej, nalewając koniak do kieliszków – minę tego całego prezesa. Pamięta panie jego pobłażliwy ton, gdy Robert przyznał, że kiedyś grał w szachy, ale miał sporą przerwę w rozgrywaniu prawdziwych partii?
Rena puściła Robertowi zalotny uśmiech, wpatrując się w niego uwodzicielsko i zupełnie nie zwracając uwagi na Nika.
- I że musi najpierw pokazać, co potrafi?
- Właśnie.
- I pewnie przygotował dla niego niespodziankę? Mecz z najlepszym, jakiego miał pod ręką, żeby mu przypomnieć, jak się przegrywa?
- Czy z pani jest wróżka, czy ja może mam gdzieś przypiętą jakąś pluskwę?
- Tylko trochę się znam na ludziach – wymownie spojrzała w stronę Reny – a poza tym zgaduję.
Chyba nikt bardziej nie doświadczył znajomości ludzkich dusz przez panią Zosię. To właśnie ona okazała się najlepszym przyjacielem i pomogła mu przetrwać najgorszy okres jego życia. Od tamtej pory stała się w jego domu kimś więcej, niż tylko pomocą domową. Stała się kimś w rodzaju dobrej ciotki i przyjaciela.
- Zakładam, że Robert pokazał co potrafi i wygrał?
- Wygrał? To był po prostu pogrom. Jeden wielki pogrom. Trzeba było widzieć minę tego prezeska. Szczęka opadła mu tak, że wydawało się, że za chwilę zacznie uciekać i będzie musiał ją gonić.
Salwy śmiechu wypełniły dom, gdy rozdzwonił się telefon. Zygmunt rzucił do słuchawki dość beztroskie słucham. Zajęci rozmową (Nik właśnie opowiadał jakąś anegdotkę) nie zwracali specjalnej uwagi na Zygmunta. Dopiero po chwili, zerkając w jego stronę, stopniowo zapanowała cisza.
- Nie, do diabła... - Zygmuntowi niezbyt udawało się zapanować nad wzbierającym rozdrażnieniem.
Przez chwilę wsłuchiwał się w głos w słuchawce, wymownie wznosząc oczy ku górze.
- Dobra... Słuchaj, teraz mam gości. Pogadamy później. - odłożył słuchawkę i odetchnął z ulgą.
- Jakieś kłopoty? - zagadnął Nik, podczas gdy Zygmunt wychylał potężny łyk drinka.
- Wanda... - rzucił krótko, jakby to miało wszystko wyjaśniać.
Cały nastrój nagle gdzieś prysł, jedynie Rena próbowała robić nadal słodkie minki, ale nawet jej przestał dopisywać humor. Nie trzeba było być znawcą by widzieć, że jakoś nikt nie był zachwycony perspektywą spotkania siostry Zygmunta.
Dopiero dużo później, gdy zostali sami z panią Zosią i gdy Zygmuntowi udało się wychylić już kilka drinków, zaczął trochę opowiadać o dzieciństwie, które nie było wcale takie słodkie, jakby się to mogło wydawać, przynajmniej po dzisiejszym stanie jego majątku. Patrząc w dno szklanki opowiadał o domu rodzinnym, o którym kiedyś chętnie chciał zapomnieć.
Matka była typową ekspedientką w niewielkim wiejskim sklepiku. No, może nie tak do końca typową. Kiedyś na wsiach kobiety pilnowały domu, pomagały w polu, wychowywały dzieci a do miasta jeździły przeważnie na targ, albo po jakieś wymyślniejsze zakupy. Chodzi mi o to, że kobieta na wsi była typową wiejską gospodynią, która już samym wyglądem różniła się od reszty świata, nie mówiąc o często nieadekwatnym zachowaniu w miejscach publicznych dużych miast. Były odcięte od kultury i wszelkich dobrodziejstw takich miejsc. Trudno się zresztą dziwić, to były inne czasy, inne technologie i inny świat. Dziś czy kobieta jest z miasta, czy ze wsi, kto to rozróżni?
Dziś pewnie ktoś by powiedział, że moja matka była prekursorką naszych czasów. Swoim wyglądem i zachowaniem wyróżniała się spośród wszystkich znanych mi wtedy kobiet. Nie należała do koła gospodyń, co zgodnie z panującym modelem życia było wykroczeniem nie do wybaczenia. W pracy nie nadwyrężała swoich wypielęgnowanych rączek. Gdy przyszło do przenoszenia jakichś worków, czy przy większej dostawie zawsze znalazł się ktoś bardzo chętny do pomocy. Jeździła do miasta do fryzjera i zawsze chodziła umalowana. Stanowiła wyzwanie dla okolicznych gospodyń. Tak by się zdawało, ale...
Pamiętam, że nim urodziła się Wanda, było wszystko jeszcze jakoś normalnie. Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Miałem piękną matkę, która nim wzięła mnie na kolana zawsze zwracała mi uwagę, żeby jej nie pognieść ubrania i żeby uważać na jej fryzurę. Za to ojca miałem wiecznie zapracowanego. Ale choć czuć go było prawie zawsze oborą, jednak zawsze miał dla mnie czas. Nie ważne, że chodziliśmy razem do krów, czy innych zajęć czysto gospodarskich, ale robiliśmy to razem. Pamiętam, że kiedyś razem poszliśmy przerzucać obornik. I choć widły były zbyt ciężkie, bym mógł je wtedy utrzymać, to robiliśmy to razem i bawiłem się wyśmienicie. Za to matka później strasznie narzekała, że przez cały tydzień nie może ze mnie zmyć zapachu gnoju.
Zygmunt uśmiechnął się smutno i parę razy przespacerował się po pokoju, nim podjął na nowo.
Dziś wiem, że to nie było normalne. Jako matka nie spisała się w ogóle. Ale wtedy była moją ukochaną i najpiękniejszą mamą. Sprawy zaczęły się nieco komplikować, gdy chodziła w ciąży z Wandą. Ojciec stał się w tamtym czasie okropnie rozdrażniony i zazdrosny. Często wieczorami, gdy myśleli że śpię, słyszałem dobiegające z ich sypialni kłótnie. Gdy Wanda już przyszła na świat, matka chciała wrócić do swojego poprzedniego życia. Mało tego, coraz częściej słyszałem, jak robiła ojcu wymówki, że nie myślała, że wyszła za mąż za kupę gnoju, że potrzebuje wyjść do kina, na zabawę, że nie ma zamiaru skończyć jak krowa w cuchnącej oborze.
Stopniowo życie w domu stawało się nie do zniesienia. Wieczne awantury były na porządku dziennym, a my z siostrą zaczęliśmy chodzić po gospodarstwie, a później po okolicznych polach głodni i zaniedbani. Dopiero dużo później zrozumiałem, że te pół męskiej populacji wioski nie bez powodu przesiaduje z piwem przed sklepem, lecz tylko wyczekuje chwili, by zostać samemu w środku, lub by pod pretekstem odprowadzenia matki do domu, gdy robiło się już ciemno zostać z nią sam na sam. Ale to zrozumiałem znacznie później.
Przeczesał nerwowo włosy, a pani Zosia uspokajająco położyła mu dłoń na ramieniu.
Pewnego dnia, gdy matka była w sklepie, ojciec załadował na żuka trochę sprzętów domowych i zabrał nas do miasta. Już wcześniej zdarzało mu się dość często jeździć do miasta, więc myśleliśmy z siostrą, że jedziemy na targ. Ale on po prostu zabrał nas, jak zabiera się zwykłą rzecz i przeprowadził się z nami do jednej z kamienic.
Chodziłem wtedy do czwartej klasy i można sobie wyobrazić, jak frustracyjnie wpłynęło to na naszą psychikę. Zupełnie nowe otoczenie, zero wolności, przestrzeni nic, do czego można by było uciec przed zrzędliwym już wtedy ojcem. Bo niestety tych kilka lat pretensji i awantur tak go zmieniły. A w przystosowaniu się do nowego życia wcale nie pomagały choćby tylko przypadkowo zasłyszane komentarze, że to dzieci tej dziwki. Początkowo chodziłem obrażony, najchętniej sprałbym każdego, kto powiedział choćby jedno złe słowo o matce, ale stopniowo przestałem zwracać na to uwagę, a ludziom też chyba się sprzykrzyło na darmo strzępić języki.
Na jakiś czas zupełnie zapomniałem o sprawie tym bardziej, że od momentu wyjazdu ze wsi nie widziałem matki ani razu. Pewnie doszła do wniosku, że skoro nie obchodziliśmy jej, gdy jeszcze stanowiliśmy rodzinę, to i później szkoda dla nas czasu. Moja matka, z perspektywy czasu, okazała się być po prostu zwykłą awanturnicą. I pewnie nikt by dziś tu o niej nawet nie wspomniał, gdyby nie Wanda. Wiesz jak to mówią? Że niedaleko pada jabłko od jabłoni? No to będziesz miał okazję niedługo poznać moją siostrę.
Ostatnie słowa wypowiadał już półgębkiem, gdyż w międzyczasie zdążył wypić jeszcze kilka kieliszków koniaku, które pozbawiły go zdolności wypowiadania, skleiły oczy i zmusiły do przejścia w stan spoczynku.
Pani Zosia ze smutkiem kiwała głową.
- Biedny chłopiec. Zostawmy go samego, niech trochę prześpi.
Okrywszy go delikatnie narzutą, przeszli do kuchni.
Pani Zosia była mistrzynią w zaparzaniu kawy. Usadowili się wygodnie przy stole z parującymi kubkami czarnego napoju w dłoniach. Po wynurzeniach Zygmunta żadne z nich nie miało ochoty, albo nawet śmiałości, by rozpocząć dyskusję. Robert, siedzący naprzeciw okna, zapatrzył się na oszroniony sad i zastanawiał się nad marnością życia i beznadziejnością przemijania. Jaki ten szron wydawał mu się czarodziejsko piękny. Przyglądał się gałęziom pokrytym zapowiedzią zimy i widział w niej zarówno mieniące się gwiazdy, kryształy ognia i sztylety mrozu. Bo jak to możliwe, że takie drobinki kryją w sobie jednakowo blask ognia i przejmujący chłód? To jak życie. Tyle, że każdy taki diament zostawia ślad, a gdy przychodzi czas, odradza się na nowo w nieskończoność.
Nie wiedział, jak długo siedział tak zapatrzony jak w transie, ale gdy się ocknął, było już zupełnie ciemno, kawa w kubku lodowata, a wokół panowała niczym nie zmącona cisza. Siedział sam i jak przez mgłę przypominał sobie, że już jakiś czas temu pani Zosia mówiła mu dowidzenia.


Jak zwykle bywa, przyjemne chwile umykają niewspółmiernie szybko, jakby oparzone szczęściem bały się, że mogą eksplodować, w przeciwieństwie do mało przyjemnych sytuacji. Ale zupełnie zabawnie bywa z oczekiwaniem, nawet jeśli miałoby to być zawsze oczekiwanie na tę samą sytuację. Weźmy na przykład oczekiwanie na Święta, albo urodziny. Istnieją dwa schematy, które się powielają. Bo albo mamy odczucie, że wszystko jest jeszcze zbyt daleko, by o tym myśleć, aż nagle przychodzi moment, gdy orientujemy się, że to już za kilka dni, lub nawet godzin, albo czekamy na coś podekscytowani, a ta jedyna chwila w żaden sposób nie chce się do nas przybliżyć.
Robert w zasadzie zawsze wypatrywał Świąt według pierwszego scenariusza. I tego roku nie było inaczej. Na zakładzie panował ruch, wypracowywano nawet nadgodziny, żeby wyrobić się z zamówieniami, toteż dodatkowo wypełniony czas umykał mu niepostrzeżenie. Nawet zrezygnował z sobotnich spacerów, co nie było dla nikogo niczym dziwnym, zważywszy szczególnie na szybko zapadające ciemności. Dopiero w niedzielę, dwa dni przed Wigilią zreflektował się, że całą przyjemność długiego oczekiwania na Święta umknęła mu bezpowrotnie.
Musiał zrezygnować z długich sobotnich spacerów, ale to wcale nie znaczyło, by miał rezygnować z nich w ogóle. Zamiast tego, całymi niedzielnymi godzinami przemierzał miejskie ulice, przyglądał się sklepowym witrynom, przesiadywał na ławce w parku, przyglądając się beztroskim zabawom dzieci lub zbyt wcześnie wieszanym ozdobom. I choć okres świąteczny nie wiązał się dla niego z żadnymi szczególnymi wspomnieniami z dzieciństwa typu fajerwerków, czy to otwierania ogromnych paczek wiązanych kolorowymi wstęgami, jednak gdy przechodził wieczorem udekorowanymi najcudaczniejszymi lampkami ulicami, budował się w nim podniosły nastrój.
Swych własnych, rodzinnych świąt, przy choince dekorowanej wspólnie z żoną wolał nie wspominać, by nie rozdrapywać ran i nie wpadać w melancholię. A Kasi jak co roku wysłał kartkę i jak zawsze obiecał jej, że w wigilijny wieczór przez jej gwiazdę wyśle jej życzenia i buziaki. Miał ogromną nadzieję, wierzył w to coraz bardziej, że może w następne święta nie będzie musiał używać do życzeń pośredników.
Przechodząc koło domu towarowego przypomniał sobie, że przecież we wtorek ma przyjechać siostra Zygmunta z córką. Co prawda z jego półświadomych wynurzeń i zdawkowo rzucanych na jej temat opinii przez panią Zosię można sobie było wyrobić o niej niezbyt pochlebne zdanie, ale może właśnie dlatego był jej ciekaw?
Tak czy inaczej, musi kupić jakieś prezenty. Dobrze, że dziś sklepy są długo otwarte. Jaki to wspaniały wynalazek te handlowe niedziele... Gdyby nie to, byłby pewnie w kłopocie, bo choć nie stać go jeszcze na wiele, to jednak nie chciałby wyjść na sknerę i niewdzięcznika.
Przechodząc przez rozsuwane drzwi na fotokomórkę zastanawiał się, czego może chcieć pannica w wieku czternastu lat. To przecież już prawie nie dziecko, a do dorosłości jeszcze daleko. I tak w zasadzie to co on wie w ogóle o dorastających dziewczynkach? Z własnego doświadczenia jedynie, że są odległe i niedostępne.
- Pewnie mógłbym być ekspertem od braku wiedzy w dziedzinach naturalnych...
Ironicznie zaśmiał się sam z siebie, wchodząc po schodach na piętro. Dział z zabawkami zostawił za sobą, stwierdzając że to chyba jednak nie ten etap. Nawet, jeśli panna używa zabawek, to pewnie nie tego rodzaju. Wierząc w porzekadło, że jaka matka, taka córka, to bazując na znanych mu faktach, lepiej nie zagłębiać się w temat. Zresztą, kto to wie? On nie będzie w każdym razie tego drążyć.
Omijając jeszcze kilka butików, wreszcie natknął się na stoisko z pamiątkami. Od dłuższego już czasu bezwzględnie konkurowały ze sobą wszelkie aniołki i Mikołaje. Jedne były prześliczne, niczym cherubinki, inne fikuśne i karykaturalne. Od zwykłych kartek, poprzez proste drewniane, gipsowe, ze sztucznych tworzyw łączonych z jedwabiem.
Wreszcie po długim przeglądaniu wszelkich stoisk i jeszcze dłuższych pertraktacjach z samym sobą postanowił siostrze Zygmunta kupić po prostu flakonik perfum a pani Zosi po prostu apaszkę. Prezent dla Zygmunta już jakiś czas temu zapakował i starannie schował na półce w szafie – rzeźbione, drewniane szachy. Największy problem – prezent dla siostrzenicy Zygmunta – rozwiązał się niemal sam. Przechodząc pomiędzy świątecznymi stoiskami był świadkiem dość zabawnej dla niego scenki – zdenerwowana matka coś koniecznie chciała wytłumaczyć nastoletniej córce, która niespecjalnie zwracając na nią uwagę uśmiechała się zaczepnie, podrygując w rytm słuchanej z MP3 muzyki. Od razu przyszło mu na myśl, że pewnie siostrzenica Zygmunta musi być bardzo podobna. Postanowił zatem kupić jej MP3. Jeśli nie będzie zadowolona, to już trudno. On przecież i tak już nic mądrzejszego nie wymyśli.



Wychodząc z centrum handlowego głęboko wciągnął mroźne powietrze. Jak dobrze po tych wszystkich świąteczno-zakupowych zapachach odetchnąć po prostu powietrzem...
Dochodząc do rynku z daleka już słyszał charakterystyczne dźwięki wygrywanej na trąbce kolędy. W zasadzie nie dałby głowy, czy to faktycznie jest trąbka, fagot, czy jeszcze coś innego. Nie zna się na muzyce i instrumentach, i nigdy nie potrafił rozróżnić ich dźwięków.
Przy jednej z narożnych uliczek „wpadających” na rynek, jak na jego oko w odległości 20 lub 30 metrów od dwupiętrowej gęsto oświetlonej choinki na lichym taborecie siedział młody człowiek i grał. Robert wsłuchał się w płynące czyste dźwięki, zwiastujące rychłe przyjście zbawiciela ludzkości. W miarę jak stał i słuchał, rosła w jego sercu radość. Ale w miarę upływu czasu również i smutek, spowodowany obojętnością przechodniów, którzy jeśli w ogóle zwracali czasami uwagę na grającego, to można było wyczytać w ich oczach raczej pewien rodzaj niecierpliwości niż zainteresowania. Bez względu na to, co skłoniło młodego muzykanta do wystawania na mrozie z otwartym futerałem, on Robert, gdy wrzucał do tego futerału banknot, był wdzięczny losowi, że dziś on sam nie musi stać na mrozie i żebrać, lecz ma dach nad głową i pracę.



* * *

Pokój był totalnie zagracony. Co prawda mieszkała w nim jedynie z o trzy lata młodszym Marcinem, lecz jego kiszkowatość nie pozostawiała wielkiego pola manewru przy meblowaniu. Wielokrotnie w rozmowach słyszała narzekania ciotki i odgrażania się, iż najchętniej powiesiłaby tego architekta dokładnie za to, co ma najcenniejsze. Tyle, że co ją to w tej chwili obchodziło?
Przechodząc pomiędzy tapczanem i meblościanką w stronę okna, miała akurat tyle miejsca, by zahaczać o ciągle niedomykającą się szafkę. Stąd też często nosiła na nodze fioletowo-zielone dowody braku przestrzeni. Nienawidziła tego miejsca, tego domu a w szczególności rozbestwionego i złośliwego Marcina i jego nieodpowiedzialnej, lekkomyślnej i despotycznej matki.
Wściekła i nieszczęśliwa znów uderzyła się o uchylone drzwiczki. Przeklinając w duchu potraktowała je stopą i rzuciła się na tapczan, by się wypłakać w poduszkę nie bacząc na krzywy uśmiech kuzyna. Gdyby tylko żyła mama, albo gdyby choć tata był tutaj....
Podczas gdy zagłębiała się we własnym bólu po niesprawiedliwym potraktowaniu przez ciotkę zabraniającą jej wyjazdu na szkolną wycieczkę pod pozorem zbyt wysokich kosztów, doleciał do niej z boku głos Marcina – rycz mała rycz, płacz maleńka płacz...
Ale tym razem nie da się sprowokować, o nie. Niech sobie ten rozpieszczony maminsynek wyśpiewuje co chce, ale od dziś do jej prywatnego świata nie ma wstępu. Od dziś będzie go zupełnie ignorować. A co do ciotki... Doskonale wiedziała, że dostaje na nią pieniądze, a od czasu gdy wujek nie mógł już dłużej wytrzymać jej zgryźliwości i co najmniej niestandardowych zachowań jak na kobietę i po prostu zabrał nogi za pas, ciągle umawiała się z różnymi (jak to nawet Marcin określił) fagasami i często wyjeżdżali z Marcinem na weekendy. Ona sama nie miała tyle szczęścia – zostawała w domu, a jej zadaniem było wysprzątanie mieszkania i pilnowanie psa. Przecież, jak powtarzała ciotka, jest już nastolatką i czas, by się uczyła życia i prowadzenia domu.
-Jakie to cholernie niesprawiedliwe!!! Tato, gdzie jesteś?!!! - łkała w myślach.

Obudziło ją poszturchiwanie i popiskiwanie. Było już zupełnie ciemno i Timi domagał się wieczornego spaceru. W łazience, przed lustrem obmacała opuchliznę wokół oczu, stwierdzając, że wygląda jak wampirzyca w transie. Zebrała włosy gumką i wyszła z psem.
Wspaniała czerń nieba z mnóstwem jaśniejących gwiazd zapowiadała piękną pogodę. Wśród całej plejady jaśniejących punkcików odnalazła tę, którą kiedyś pokazywał jej ojciec. Mrugała do niej tajemniczo i dodawała otuchy. Zawsze, gdy czuła, że dzieje się jej krzywda lubiła na nią patrzeć, wspominając wczesne dzieciństwo i marzyć. W jakiś niewyjaśniony sposób dawała jej spokój i siłę. Tym razem postanowiła, że już nie będzie grzeczną dziewczynką. Już niedługo będzie pełnoletnia, a wtedy nikt nic nie będzie mógł jej kazać ani zabraniać.


Do szkoły miała tylko dwa przystanki, a pogoda była tak piękna, że nie chciała czekać na autobus.
Park, od niepamiętnych czasów nazywany Małpim Gajem, na pierwszy rzut oka nie robił szczególnego wrażenia. Bywało już, że przychodziła tu na spacery z Timim i dokładnie wiedziała, które jego zakątki omijać, by nie natknąć się na smakoszy niewyszukanych trunków, lub na tzw. trudną młodzież.
Jej klasa właśnie dziś zaczynała trzydniową wycieczkę, a ona co?... Ma iść do szkoły z jeszcze dwoma osobami, które nie jadą? Kolejny raz robić z siebie pośmiewisko. O nie... Nie ma już więcej na to ochoty. Może przecież spędzić w tym parku kilka godzin i wrócić jak gdyby nic. I tak nikt nie zwróci uwagi, co się z nią dzieje. A park jest teraz taki kwitnący, piękny i co ważne wielki. Te kilka godzin z pewnością uda jej się miło spędzić pośród zieleni.


* * *

Pomimo nieprzerwanie padającego deszczu już od kilku dni, coś nieodparcie pchało go w stronę lasu. Pogoda zupełnie jakby pomyliła pory roku, niebo jesienno szare, przytłaczające, opadające ciężką kurtyną na zamglony świat. Powietrze przesycone wilgocią skutecznie zniechęcało nieliczne miejskie ptactwo do aktywności. Było jednak ciepło i nawet rozbujała jesienna aura nie mogła skryć gwałtownie wybuchającej zieleni.
Odgarniając tarasujące gałęzie, obserwował spływające krople z młodziutkich liści.
- Młode życie zawsze górą – uśmiechnął się pod nosem. Pomimo nieprzychylnej pogody, wiosna zawsze budziła w nim radość i chęć życia. Głęboko wciągał powietrze, rozkoszując się jego świeżością.
Brnął ścieżką w pobliżu strumienia, ku coraz bardziej przebijającemu się przez chmury słońcu. Minął koński wybieg już pewien czas temu, szczerze się sobie dziwiąc, że jeszcze do tej pory nigdy nie zabrnął tak daleko. Na niebie z wolna zaczęła rysować się barwna tęcza, a on stał spoglądając na nią urzeczony jak dziecko, któremu po raz pierwszy dane jest posmakować wyśmienitej czekolady. Za zakolem strumień wpadał do jeziora, o którego istnieniu jeszcze nie wiedział. Ocenił, że w odległości może stu metrów zza lasu wyłania się droga, która zataczając łuk nad jeziorem niknie za domami po około czterystu metrach. Jezioro w sporej części otaczały zarośla, jednak od strony drogi zauważył niewielki bity parking. Ulicą właśnie przejeżdżał jakiś autobus, rozpryskując po drodze strumienie wody. Niebawem wszedł na ścieżkę rowerową, prowadzącą pomiędzy ulicą i jeziorem. Gdy przejechało kolejne auto, na własnej skórze odczuł, jak wiele infrastruktura drogowa pozostawia do życzenia. Koleiny po kilkudniowych opadach zamieniły się w spore kałuże, których nie sposób było ominąć. Należało się raczej zastanowić, jak bardzo niebezpieczną jest jazda po takiej drodze. I chociaż nigdzie nie zauważył znaku ograniczającego prędkości, to jednak kierowcy na sporym odcinku sami zwalniali.
Gdy minął parking, ścieżka rowerowa skręcała i ginęła w skupisku drzew. W tym momencie zszedł w stronę jeziora i zauważył kilka rozstawionych namiotów. Podszedł do pierwszego z brzegu, z którego wydobywały się stonowane dźwięki muzyki. Tuż przy samej wodzie rozstawione stały stojaki z wędkami. Prawie jednocześnie z namiotu wyłonił się mężczyzna w średnim wieku odziany w moro i zapalił papierosa.
- Dzień dobry. Jak tam ryby?
- Dobry jak dobry... Nie specjalnie dzisiaj.
- Ale widzę, siatka się moczy....
- Same małe leszczyki. Nic specjalnego.
Nie zdążył wypalić papierosa, gdy sygnalizacja przy jednej wędce zaczęła wygrywać melodyjkę. Rzucił papierosa i zaciął wędkę, która wygięła się prawie do połowy. Mina wędkarza świadczyła o sporym skupieniu, gdy zaczął kręcić kołowrotkiem. Prawie momentalnie zjawili się dwaj koledzy wędkarza z pobliskich stanowisk i zaczęli mu ostro dopingować.
- Dawaj Stachu... to będzie wielki karp... albo nawet sum...
- Byle nie zaginiony gumiak...
Pomimo żartów dopingowali koledze i obserwowali sytuację. Po kilku minutach na wodzie pojawił się ślad. Widać było dokładnie smugę i walkę wyciąganej ryby.
- Tanio skóry nie odda...
- Chodzi pięknie... Uważaj, żeby ci nie weszła w zaczepy...
Wędkarz obejrzał się – weź podbierak – rzucił do jednego z kolegów. Robert z zaciekawieniem obserwował jak trwała walka. Ryba jeździła raz w prawo, raz w lewo, a wędkarz systematycznie, choć bez pośpiechu pompował wędką i kręcił kołowrotkiem. Widać było, że ryba chyba w końcu da za wygraną, choć bliżej brzegu siły w nią wstąpiły z podwójną mocą. Wówczas kolega w woderach wszedł do wody i zanurzył podbierak, kierując go w stronę ryby. Chwilę trwało, lecz ryba w końcu była w podbieraku. Po wyciągnięciu jej na brzeg, wszyscy zaczęli podziwiać zdobycz.
- Jak nic, pięć kilo będzie miała.... Piękna.... No to wreszcie coś konkretnego.... Gratulacje Stachu.... Widziałeś, jak chodziła?... Kur... piękny...
Karp po zmierzeniu trafił do siatki. Był to bez wątpienia piękny okaz sazana. Po wszystkich gratulacjach Robert jeszcze chwilę towarzyszył wędkarzom, po czym stwierdził, że czas na niego i wrócił na ścieżkę rowerową w stronę domu. Wreszcie się rozpogodziło i las pozdrawiał go radosnymi trelami.
Od tej pory wielokrotnie wracał nad jezioro, po drodze upajając się świeżością lasu. Obserwował za każdym razem życie wokół i za każdym razem dziwił się, jak można nie zauważać całej mnogości stworzeń, życia tętniącego za każdym krzakiem i pod każdym liściem. Wsłuchiwał się w codzienny świergot i zaloty, obserwował budowę, a czasami odbudowę domostw, trud wychowywania potomstwa i pierwsze niezgrabne próby lotów ptactwa.
Prawie każdą wolną chwilę spędzał w lesie lub nad jeziorem, ucząc się na nowo natury. Z fascynacją przyglądał się szczurowi, który pewnego dnia podczas swojej wędrówki wybiegł z trzciny nad brzegiem zatrzymując się nagle zaskoczony widokiem człowieka na swej drodze. Szybko czmychnął na powrót w trzciny. Po kilku minutach, poświęconych zapewne na ocenę zagrożenia, szczur niepewnie wyłonił się z trzcin i szybko przebiegł otwarte stanowisko, kryjąc się w zaroślach. Równie zaskoczony Robert siedział na kamieniu i by nie płoszyć chwili starał się nie oddychać żałując, że nie może być w takiej chwili niewidoczny i bezwonny. Później wielokrotnie jeszcze spotykał owego szczura przemykającego, lub przepływającego nieopodal brzegu. W myślach nadał mu nawet imię Archibald , wspominając wyświetlaną dawno temu bajkę o szczurze Ogryzku, który sam siebie nazywał właśnie Archibaldem.
Zaznajomił się z kilkoma wędkarzami. O przyjaźni nie można mówić – to zbyt wielkie słowo – ale niektórych dość dobrze poznał i dobrze czuł się w ich towarzystwie. Jeden z nich, Jurek, miał zwyczaj wysypywania nadmiaru zanęty wzbogaconej pinkami w okolice krzaków. Robert później przez dłuższy czas siedział i obserwował zbierające się na posiłek ptactwo. Przeważnie wróble robiły stadny nalot na wysypaną zanętę i wydziobywały ją do ostatniego okruszka i robaczka. Bywało jednak, że na inne stanowisko przylatywał ptaszek nieznany Robertowi. Był wyższy i smuklejszy od wróbli, na niebywale cieniutkich nóżkach. Już po pierwszej wizycie tego ptaka Robert stwierdził, że gdzieś w pobliżu musi mieć gniazdo z młodymi. Uwijał się bowiem nadzwyczajnie. Wydziobywał rozsypane robaczki, nabierając jak największą ich ilość jednorazowo, a gdy któreś wysypywały mu się z dzioba, niestrudzenie zbierał je na nowo i dopiero, gdy nie był w stanie uchwycić nic więcej, odlatywał. Po kilku króciutkich minutach zjawiał się powtórnie, zaczynając swój taniec z robakami od nowa, aż do całkowitego oczyszczenia terenu.
Ptaszek ten tak zafascynował Roberta, że po pewnym czasie zaczął zaglądać do sklepu wędkarskiego specjalnie po pinki, by móc je później wysypać w znajomym miejscu.
Doszedł do momentu, gdy ze zdziwieniem stwierdził, że wizyty w sklepie zajmują mu coraz więcej czasu i coraz częściej zaczyna się przyglądać wystawionemu sprzętowi wędkarskiemu. Kiedyś, jeśli w ogóle myślał o wędkarstwie, wyobrażał sobie skulonego nad wodą faceta z jakimś kijem w ręku i to wszystko. Obecnie ten temat widział zupełnie inaczej. Cała masa wędek różnego rodzaju długości, wytrzymałości i z różnych materiałów. Nie wiedział wcześniej, że w zależności od metody, jaką stosuje wędkarz i od tego, co chce złowić wędki zasadniczo różnią się od siebie. Podobnie sprawa się miała z kołowrotkami, żyłkami i całą gamą smaków i zapachów zanęt. Na stojakach i w gablocie spoczywała może setka różnego rodzaju wielkości, grubości i kolorów haczyków. O większości różnego rodzaju drobiazgach nie miał pojęcia czym w ogóle mogą być i do czego służyć. Część miejsca w sklepie zajmowały stojaki, różnej wielkości wiadra, krzesła, taborety i odzież wędkarska w tonacjach maskujących. W pobliżu drzwi na stojakach spoczywała prasa wędkarska. Gdyby wszystkie sklepy były tak wyposażone, byłby to dziewiąty cud świata – pomyślał pewnego dnia biorąc jedną z gazet.

Bywało, grywając z Zygmuntem w szachy, opowiadał mu o swoich wyprawach i spostrzeżeniach. O zachwycie przyrodą, późnowiosennych, przechodzących w letnie wieczorach i nocach spędzanych nad jeziorem, gdy zdarzało mu się wracać do domu już po północy, w asyście świetlistej tarczy księżyca wiernie wskazującego drogę. O wieczornych zmianach, gdy nad wodą najpierw polowały jaskółki, by następnie ustąpić miejsca nietoperzom. Wyrażał głośno zdziwienie i podziw np. dla jaskółek, które w zawrotnym tańcu nad wodą pikowały lub popiskując nawracały, nigdy nie wchodząc w kolizję z innymi. Zauważył stado rozwrzeszczanych wron, przelatujących jak samoloty zawsze tym samym szlakiem i o tej samej wieczornej porze. Ciemność i cisza były złudne, bo od czasu do czasu dostrzegał latające świetliki i słyszał różne odgłosy dochodzące z zarośli i lasu. Natura tak naprawdę nigdy nie zasypiała.
Któregoś razu, wykorzystując przerwę pomiędzy partiami, sięgnął po portfel i wyciągnął z niego biały, złożony na pół kartonik, kładąc go bez słowa na środku szachownicy. Zygmunt wziął go do ręki odczytując KARTA WĘDKARSKA. Rozłożył go, przyglądając się wklejonemu zdjęciu i bezgłośnie odczytując uprawnienia Roberta do amatorskiego połowu ryb.
-Widzę, że cię wzięło?
-Trochę chyba tak. Na początek nie będę szaleć. Najpotrzebniejsze sprzęty już mam i w sobotę wybieram się na pierwsze samodzielne łowy.


Kiedyś, jeszcze w dzieciństwie marzył o przemierzaniu świata antycznego. Pragnął przejść rzymskim traktem, gładzić kamienie panteonu, stanąć na środku areny koloseum, zamknąć oczy i wsłuchać się w echo modlitwy Chrześcijan. Przejść szlakiem Spartakusa, odszukać wspomnień rozegranych walk, zdrady i nieuniknionego końca. Czasami zdarzało mu się wpadać w melancholijny nastrój – słyszał wówczas nawoływania, odgłosy walki, zgrzyt metalu i upadków pod ciosami. Niemal fizycznie odczuwał ból przeszywanego ciała rzymskim mieczem, przy akompaniamencie dudniącego śpiewu legionów. Kiedy indziej ramię w ramię walczył przy boku Cezara i triumfalnie wkraczał do Aleksandrii, podziwiając urodę i umysł Kleopatry. Wyobrażał sobie jak wspina się po kamieniach piramidy, staje na jej szczycie i jak Amon prześwietla czas i przestrzeń. Mknąc wzrokiem przez pustynię dociera do złotego miasta, gdzie pada pokonany przez Echnatona. Ale to wszystko rozgrywało się w umyśle kilkunastoletniego chłopca, który im stawał się starszy, tym bardziej oddalał się od swych marzeń. Pragnął zachować ten starożytny świat tylko dla siebie i doświadczać w nim przygód prywatnie, bez potykania się co krok o turystów. Przez pewien czas nie potrafił się pogodzić z faktem, iż jego wymarzony świat coraz częściej jest celem wczasowiczów i wycieczkowiczów. Jednak, gdy zainteresowanie Europejczyków jego światem osiągnęło niebezpieczny dla niego poziom i nic nie wskazywało na to, by miało się coś zmienić, po prostu odpuścił. Pewnej nocy pożegnał się z Cezarem, Seneką, Agrypą, szalonym Kaligulą, nieszczęsnym Spartakusem, przebiegłą Agrypiną i piękną Kleopatrą. Od tamtej nocy, jeśli zdarzało mu się wspominać świat starożytny, myślał o nim jedynie jak o raju utraconym.
I nagle wszystko jakby stanęło na głowie. Już niemal rok brał udział w rozgrywkach szachowych, organizowanych w Polsce i jako członek katowickiego koła szachowego uzyskiwał doskonałe wyniki. Czasami sam przed sobą przyznawał, że choć to nieskromne, ale niespecjalnie go dziwi. Zygmunt swego czasu pomógł mu zapoczątkować powrót do jego młodzieńczej miłości – szachów. To właśnie dzięki niemu odświeżył swoje szare komórki i postawił je na baczność do pełnej gotowości. Swój wewnętrzny komputer zamienił w główny sztab armii w czasie kryzysu, za każdym razem nastawiony na wygrywanie głównej walki w wojnie szachowej. I trzeba przyznać, że dowódcy tej armii byli naprawdę świetnie wyszkoleni i przewidujący. Musiał przyznać, że w ogóle bardzo dużo zawdzięczał Zygmuntowi. Czasami wspominając ich pierwsze spotkania, jeszcze na plaży, dochodził do wniosku, że mimo wszystko ma cholerne szczęście w życiu i że to chyba musiał być jakiś instynkt w rodzaju tych pierwotnych. A teraz? Może się okazać, że będzie mu zawdzięczał dużo więcej.
Czasami wydawało mu się, że Zygmunt jest specjalnie zesłanym mu przez Boga aniołem stróżem. Ale czy on sam wierzy w Boga? Nie był już taki przekonany.
Siedzieli nad brzegiem jeziora, gdzie urządzili sobie męski piknik (przy dużym wkładzie pracy pani Zosi) przy wędkach. Zygmunt czasami dał się namawiać Robertowi na krótki wypad nad wodę – towarzysko oczywiście, bo jego samego nie pociągało wędkowanie, ale stwierdził, że jest to dobry sposób na odstresowanie i wypoczynek. Popijając piwo namawiał Roberta:
-Na twoim miejscu bym się w ogóle nie zastanawiał. Taka propozycja! Tylko pomyśl... A zresztą mam pomysł. Myślę, że należą nam się jakieś wakacje. Zastanawiam się..
-To nie takie proste.
-Przecież do tej pory bijesz na łeb wszystkich.
-Fakt, jednak zważ na drobną różnicę. Biję i owszem, ale wszystko to są jakieś pomniejsze zawody. Nie mnie równać się z mistrzami.
-Opowiadasz. I co z tego? A poza tym, przykładowo, Mistrzostwa Polski nie są chyba takimi pomniejszymi zawodami? Szkoda, że nie możesz obserwować sam siebie przy szachownicy. Cały się zmieniasz. To widać, jak wyłączasz świat wokół siebie, istniejesz tylko ty i twój król i widać, że sprawia ci to przyjemność. I choć to nie męskie, to cholera, zazdroszczę ci tego świata.
-Ale mimo wszystko... ranga Mistrzostw Świata to zawsze...
-Nie pieprz. Masz możliwość startu w Mistrzostwach Świata i pięknie! Jak życie daje szansę, to się jej nie przepuszcza chłopie.
Sceptycyzm Roberta jednak nie ustępował. A w życiu codziennym już nie tylko Zygmunt zaczął zwracać uwagę, że zbyt wiele samokrytyki mu szkodzi.
W krzakach z lewej strony coś zaszeleściło, trzasnęło kilka złamanych gałęzi i po chwili wyłonił się pies. Niewielki, czujny, podniósłszy łeb do góry poruszał nozdrzami sprawdzając zapachy. Zrobił kilka kroków do przodu i po krótkiej chwili mierzenia się wzrokiem z Zygmuntem wycofał się.
-Nawet taki kundel nie zadziera z mistrzem
-Skapitulował raczej przed twoją złością.
Zygmunt tylko cicho westchnął, niechętnie przyznając w duchu, że być może Robert ma rację. Ale w sprawie wyjazdu na mistrzostwa jeszcze nie odpuścił. Miał swój własny plan. Dobrze wiedział, że ma doskonałego nosa do interesów, ale nie tylko. Tak jak wtedy, na plaży, przeczucie nie myliło go, że spotkał zagubionego w mętach życia wartościowego człowieka. I nigdy nie żałował, że przyczynił się do zmiany jego statusu społecznego. Robert okazał się doskonałym pracownikiem i przyjacielem. Teraz planował odpocząć od codziennych zmagań branżowych, skomplikowanych stosunków rodzinnych i szarej codzienności w północnej Afryce. Właściwie planował wyjazd już od dłuższego czasu, ale zawsze na drodze stawała jakaś przeszkoda. W końcu musiał przyznać sam przed sobą, że wszystko to były jedynie wymówki, maskujące brak odpowiedniego kompana w podróży. A Robert, na ile go znał, nadawał się do tego idealnie. Jemu też przyda się odpowiednia dawka odmienności.


* * *

Mysza. Tak ją nazywali. Chodziła szara jak mysza i przezwisko do niej pasowało. Włosy też nosiła związane w myszowatą kitkę. W sumie nieciekawa laska, jedynie oczy miała piękne – wielkie i czarne. Czasami zapędzała się w „ich” część parku, razem z tym swoim błaznowatym psem. Często z niej drwili – nie mieli wielu rozrywek w ciągu dnia, a ona doskonale się do tego nadawała, jak każdy, u kogo tylko wyczuwali układność i uległość. Czasami tymi swoimi idiotycznymi strojami kojarzyła im się z pensjonarką. Grzeczna dziewczynka – fuj... Ale bywało, że stanowiła maleńką iskierkę zapalną, takie prawie nic, choć jednak... Już trzy miesiące wcześniej Ruda zauważyła, że Miro coś za często się jej przygląda. Pewnie, że jej się to nie podobało. A jak inaczej? W końcu choć nie był specjalnie bystry, to jednak potrafił załatwić najlepszy dostępny towar. Miro był kimś, kto jej imponował i kogo potrzebowała. A nie miała najmniejszego zamiaru dzielić się nim z jakąś Myszą. Dosyć się natrudziła, nim w końcu mogła swobodnie powiedzieć - „mój”.
Z Myszy łatwo można było się nabijać. Przychodziła do parku prawie zawsze o podobnej porze z tym swoim sierściuchem i starała się ich omijać z daleka. Lecz jeśli nuda dała im się dość we znaki, Furia wyskakiwał na ścieżkę i odstawiał swój popisowy taniec, swój małpi śpiew. Mysza wtedy szybko czmychała z podwiniętym ogonem. Ale był ubaw.
Nadchodziła właśnie z przeciwnej strony, a Miro znów jej się przyglądał. Im częściej na nią patrzył, tym bardziej Ruda chciała jej dopiec. I zawsze miała satysfakcję, gdy po ucieczce Myszy nie tylko słowa Miry wyrażały niechęć i pogardę.
-Furia! Śpiew! - zawołała.
-Gdzie?
Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, zauważył nadchodzącą Myszę, zeskoczył z murka i rozpoczął swój specjalny, popisowy numer. Podskakiwanie, nieskoordynowane ruchy, przy tym pohukiwanie i małpie wrzaski niosły się echem, płosząc ptactwo.
Kasia była w nastroju ponurej rezygnacji i obojętności. Miała serdecznie dość życia u ciotki, zazdrościła ptakom wolności, ba.... zazdrościła nawet bezpańskim psom... Z jednej strony załamana, a z drugiej wściekła na tak niesprawiedliwy los, a tu jeszcze znowu przed nią wyrósł ten krzyczący pawian. Miała dość. Na chwilę stanęła i przyjrzała mu się nie mogąc zrozumieć, dlaczego zawsze uciekała, gdy się pojawiał. Przecież on jest jednocześnie śmieszny i żałosny! Rozbawiona siadła na ławce naprzeciw fontanny i zaczęła przesypywać pomiędzy palcami drobny żwirek ze ścieżki.
-Co jest Mysza? - wykrzyknął zdezorientowany Furia.
-A co ma być? - widząc jego rozczarowanie wybuchła śmiechem.
-Spadaj – Kasia roześmiała się jeszcze głośniej.




Gra cz.3. Gra cz.3. Reviewed by Dorota Kuryło on marca 02, 2018 Rating: 5

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.