Jeszcze
nim przekroczyli próg, pani Zosia, pomoc domowa i kucharka w jednym,
usłyszała wesołe głosy. Śmiech należał do odgłosów niezwykle
rzadko goszczących w tym domu już od kilku lat.
-
Kochana Pani Zosiu – Zygmunt strzepywał z włosów pierwszy
tegoroczny śnieg – szkoda, że pani tego nie widziała. To się
nazywa rozłożyć kogoś na łopatki. To był czysty pogrom.
Roześmiani,
wygodnie ulokowali się w fotelach. Prócz Roberta, Zygmuntowi
towarzyszył jego długoletni przyjaciel Dominik z żoną. Dominik
był dość pulchnym mężczyzną o bladej cerze i kręconej blond
czuprynie. Był szczerze lubiany za swoje poczucie humoru i pewną
niezgrabność, która czasami doprowadzała do śmiechu przez łzy.
W
dzieciństwie nienawidził swojego imienia, kojarzącego się
niezmiennie z dobranocką o słoniu Dominiku. Ponieważ nigdy nie
należał do tych szczupłych, zgodnie z zasadą, że kto się czubi,
ten się lubi, koledzy wołali na niego po prostu Słoń. Dopiero,
gdy zapisał się na kurs karate, a w kinach leciał film o
policjancie Nicku, który sam rozpracował i walczył z bostońską
mafią, zapomniano o Słoniu i został Nickiem.
Ożenił
się na trzecim roku studiów z pięknością z domieszką
azjatyckiej krwi. Wszystko jednak wskazywało na to, że to
małżeństwo nie należało do najszczęśliwszych i że poza
sypialnią, dla świata utrzymuje się jedynie dzięki grze pozorów.
Jednak oboje byli serdecznymi przyjaciółmi Zygmunta.
-
Niech sobie pani wyobrazi – ciągnął dalej, nalewając koniak do
kieliszków – minę tego całego prezesa. Pamięta panie jego
pobłażliwy ton, gdy Robert przyznał, że kiedyś grał w szachy,
ale miał sporą przerwę w rozgrywaniu prawdziwych partii?
Rena
puściła Robertowi zalotny uśmiech, wpatrując się w niego
uwodzicielsko i zupełnie nie zwracając uwagi na Nika.
-
I że musi najpierw pokazać, co potrafi?
-
Właśnie.
-
I pewnie przygotował dla niego niespodziankę? Mecz z najlepszym,
jakiego miał pod ręką, żeby mu przypomnieć, jak się przegrywa?
-
Czy z pani jest wróżka, czy ja może mam gdzieś przypiętą jakąś
pluskwę?
-
Tylko trochę się znam na ludziach – wymownie spojrzała w stronę
Reny – a poza tym zgaduję.
Chyba
nikt bardziej nie doświadczył znajomości ludzkich dusz przez panią
Zosię. To właśnie ona okazała się najlepszym przyjacielem i
pomogła mu przetrwać najgorszy okres jego życia. Od tamtej pory
stała się w jego domu kimś więcej, niż tylko pomocą domową.
Stała się kimś w rodzaju dobrej ciotki i przyjaciela.
-
Zakładam, że Robert pokazał co potrafi i wygrał?
-
Wygrał? To był po prostu pogrom. Jeden wielki pogrom. Trzeba było
widzieć minę tego prezeska. Szczęka opadła mu tak, że wydawało
się, że za chwilę zacznie uciekać i będzie musiał ją gonić.
Salwy
śmiechu wypełniły dom, gdy rozdzwonił się telefon. Zygmunt
rzucił do słuchawki dość beztroskie słucham. Zajęci
rozmową (Nik właśnie opowiadał jakąś anegdotkę) nie zwracali
specjalnej uwagi na Zygmunta. Dopiero po chwili, zerkając w jego
stronę, stopniowo zapanowała cisza.
-
Nie, do diabła... - Zygmuntowi niezbyt udawało się zapanować nad
wzbierającym rozdrażnieniem.
Przez
chwilę wsłuchiwał się w głos w słuchawce, wymownie wznosząc
oczy ku górze.
-
Dobra... Słuchaj, teraz mam gości. Pogadamy później. - odłożył
słuchawkę i odetchnął z ulgą.
-
Jakieś kłopoty? - zagadnął Nik, podczas gdy Zygmunt wychylał
potężny łyk drinka.
-
Wanda... - rzucił krótko, jakby to miało wszystko wyjaśniać.
Cały
nastrój nagle gdzieś prysł, jedynie Rena próbowała robić nadal
słodkie minki, ale nawet jej przestał dopisywać humor. Nie trzeba
było być znawcą by widzieć, że jakoś nikt nie był zachwycony
perspektywą spotkania siostry Zygmunta.
Dopiero
dużo później, gdy zostali sami z panią Zosią i gdy Zygmuntowi
udało się wychylić już kilka drinków, zaczął trochę opowiadać
o dzieciństwie, które nie było wcale takie słodkie, jakby się to
mogło wydawać, przynajmniej po dzisiejszym stanie jego majątku.
Patrząc w dno szklanki opowiadał o domu rodzinnym, o którym kiedyś
chętnie chciał zapomnieć.
Matka
była typową ekspedientką w niewielkim wiejskim sklepiku. No, może
nie tak do końca typową. Kiedyś na wsiach kobiety pilnowały domu,
pomagały w polu, wychowywały dzieci a do miasta jeździły
przeważnie na targ, albo po jakieś wymyślniejsze zakupy. Chodzi mi
o to, że kobieta na wsi była typową wiejską gospodynią, która
już samym wyglądem różniła się od reszty świata, nie mówiąc
o często nieadekwatnym zachowaniu w miejscach publicznych dużych
miast. Były odcięte od kultury i wszelkich dobrodziejstw takich
miejsc. Trudno się zresztą dziwić, to były inne czasy, inne
technologie i inny świat. Dziś czy kobieta jest z miasta, czy ze
wsi, kto to rozróżni?
Dziś
pewnie ktoś by powiedział, że moja matka była prekursorką
naszych czasów. Swoim wyglądem i zachowaniem wyróżniała się
spośród wszystkich znanych mi wtedy kobiet. Nie należała do koła
gospodyń, co zgodnie z panującym modelem życia było wykroczeniem
nie do wybaczenia. W pracy nie nadwyrężała swoich wypielęgnowanych
rączek. Gdy przyszło do przenoszenia jakichś worków, czy przy
większej dostawie zawsze znalazł się ktoś bardzo chętny do
pomocy. Jeździła do miasta do fryzjera i zawsze chodziła
umalowana. Stanowiła wyzwanie dla okolicznych gospodyń. Tak by się
zdawało, ale...
Pamiętam,
że nim urodziła się Wanda, było wszystko jeszcze jakoś
normalnie. Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Miałem piękną
matkę, która nim wzięła mnie na kolana zawsze zwracała mi uwagę,
żeby jej nie pognieść ubrania i żeby uważać na jej fryzurę. Za
to ojca miałem wiecznie zapracowanego. Ale choć czuć go było
prawie zawsze oborą, jednak zawsze miał dla mnie czas. Nie ważne,
że chodziliśmy razem do krów, czy innych zajęć czysto
gospodarskich, ale robiliśmy to razem. Pamiętam, że kiedyś razem
poszliśmy przerzucać obornik. I choć widły były zbyt ciężkie,
bym mógł je wtedy utrzymać, to robiliśmy to razem i bawiłem się
wyśmienicie. Za to matka później strasznie narzekała, że przez
cały tydzień nie może ze mnie zmyć zapachu gnoju.
Zygmunt
uśmiechnął się smutno i parę razy przespacerował się po
pokoju, nim podjął na nowo.
Dziś
wiem, że to nie było normalne. Jako matka nie spisała się w
ogóle. Ale wtedy była moją ukochaną i najpiękniejszą mamą.
Sprawy zaczęły się nieco komplikować, gdy chodziła w ciąży z
Wandą. Ojciec stał się w tamtym czasie okropnie rozdrażniony i
zazdrosny. Często wieczorami, gdy myśleli że śpię, słyszałem
dobiegające z ich sypialni kłótnie. Gdy Wanda już przyszła na
świat, matka chciała wrócić do swojego poprzedniego życia. Mało
tego, coraz częściej słyszałem, jak robiła ojcu wymówki, że
nie myślała, że wyszła za mąż za kupę gnoju, że potrzebuje
wyjść do kina, na zabawę, że nie ma zamiaru skończyć jak krowa
w cuchnącej oborze.
Stopniowo
życie w domu stawało się nie do zniesienia. Wieczne awantury były
na porządku dziennym, a my z siostrą zaczęliśmy chodzić po
gospodarstwie, a później po okolicznych polach głodni i
zaniedbani. Dopiero dużo później zrozumiałem, że te pół
męskiej populacji wioski nie bez powodu przesiaduje z piwem przed
sklepem, lecz tylko wyczekuje chwili, by zostać samemu w środku,
lub by pod pretekstem odprowadzenia matki do domu, gdy robiło się
już ciemno zostać z nią sam na sam. Ale to zrozumiałem znacznie
później.
Przeczesał
nerwowo włosy, a pani Zosia uspokajająco położyła mu dłoń na
ramieniu.
Pewnego
dnia, gdy matka była w sklepie, ojciec załadował na żuka trochę
sprzętów domowych i zabrał nas do miasta. Już wcześniej zdarzało
mu się dość często jeździć do miasta, więc myśleliśmy z
siostrą, że jedziemy na targ. Ale on po prostu zabrał nas, jak
zabiera się zwykłą rzecz i przeprowadził się z nami do jednej z
kamienic.
Chodziłem
wtedy do czwartej klasy i można sobie wyobrazić, jak frustracyjnie
wpłynęło to na naszą psychikę. Zupełnie nowe otoczenie, zero
wolności, przestrzeni nic, do czego można by było uciec przed
zrzędliwym już wtedy ojcem. Bo niestety tych kilka lat pretensji i
awantur tak go zmieniły. A w przystosowaniu się do nowego życia
wcale nie pomagały choćby tylko przypadkowo zasłyszane komentarze,
że to dzieci tej dziwki. Początkowo chodziłem obrażony,
najchętniej sprałbym każdego, kto powiedział choćby jedno złe
słowo o matce, ale stopniowo przestałem zwracać na to uwagę, a
ludziom też chyba się sprzykrzyło na darmo strzępić języki.
Na jakiś
czas zupełnie zapomniałem o sprawie tym bardziej, że od momentu
wyjazdu ze wsi nie widziałem matki ani razu. Pewnie doszła do
wniosku, że skoro nie obchodziliśmy jej, gdy jeszcze stanowiliśmy
rodzinę, to i później szkoda dla nas czasu. Moja matka, z
perspektywy czasu, okazała się być po prostu zwykłą awanturnicą.
I pewnie nikt by dziś tu o niej nawet nie wspomniał, gdyby nie
Wanda. Wiesz jak to mówią? Że niedaleko pada jabłko od jabłoni?
No to będziesz miał okazję niedługo poznać moją siostrę.
Ostatnie
słowa wypowiadał już półgębkiem, gdyż w międzyczasie zdążył
wypić jeszcze kilka kieliszków koniaku, które pozbawiły go
zdolności wypowiadania, skleiły oczy i zmusiły do przejścia w
stan spoczynku.
Pani
Zosia ze smutkiem kiwała głową.
-
Biedny chłopiec. Zostawmy go samego, niech trochę prześpi.
Okrywszy
go delikatnie narzutą, przeszli do kuchni.
Pani
Zosia była mistrzynią w zaparzaniu kawy. Usadowili się wygodnie
przy stole z parującymi kubkami czarnego napoju w dłoniach. Po
wynurzeniach Zygmunta żadne z nich nie miało ochoty, albo nawet
śmiałości, by rozpocząć dyskusję. Robert, siedzący naprzeciw
okna, zapatrzył się na oszroniony sad i zastanawiał się nad
marnością życia i beznadziejnością przemijania. Jaki ten szron
wydawał mu się czarodziejsko piękny. Przyglądał się gałęziom
pokrytym zapowiedzią zimy i widział w niej zarówno mieniące się
gwiazdy, kryształy ognia i sztylety mrozu. Bo jak to możliwe, że
takie drobinki kryją w sobie jednakowo blask ognia i przejmujący
chłód? To jak życie. Tyle, że każdy taki diament zostawia ślad,
a gdy przychodzi czas, odradza się na nowo w nieskończoność.
Nie
wiedział, jak długo siedział tak zapatrzony jak w transie, ale gdy
się ocknął, było już zupełnie ciemno, kawa w kubku lodowata, a
wokół panowała niczym nie zmącona cisza. Siedział sam i jak
przez mgłę przypominał sobie, że już jakiś czas temu pani Zosia
mówiła mu dowidzenia.
Jak
zwykle bywa, przyjemne chwile umykają niewspółmiernie szybko,
jakby oparzone szczęściem bały się, że mogą eksplodować, w
przeciwieństwie do mało przyjemnych sytuacji. Ale zupełnie
zabawnie bywa z oczekiwaniem, nawet jeśli miałoby to być zawsze
oczekiwanie na tę samą sytuację. Weźmy na przykład oczekiwanie
na Święta, albo urodziny. Istnieją dwa schematy, które się
powielają. Bo albo mamy odczucie, że wszystko jest jeszcze zbyt
daleko, by o tym myśleć, aż nagle przychodzi moment, gdy
orientujemy się, że to już za kilka dni, lub nawet godzin, albo
czekamy na coś podekscytowani, a ta jedyna chwila w żaden sposób
nie chce się do nas przybliżyć.
Robert
w zasadzie zawsze wypatrywał Świąt według pierwszego scenariusza.
I tego roku nie było inaczej. Na zakładzie panował ruch,
wypracowywano nawet nadgodziny, żeby wyrobić się z zamówieniami,
toteż dodatkowo wypełniony czas umykał mu niepostrzeżenie. Nawet
zrezygnował z sobotnich spacerów, co nie było dla nikogo niczym
dziwnym, zważywszy szczególnie na szybko zapadające ciemności.
Dopiero w niedzielę, dwa dni przed Wigilią zreflektował się, że
całą przyjemność długiego oczekiwania na Święta umknęła mu
bezpowrotnie.
Musiał
zrezygnować z długich sobotnich spacerów, ale to wcale nie
znaczyło, by miał rezygnować z nich w ogóle. Zamiast tego, całymi
niedzielnymi godzinami przemierzał miejskie ulice, przyglądał się
sklepowym witrynom, przesiadywał na ławce w parku, przyglądając
się beztroskim zabawom dzieci lub zbyt wcześnie wieszanym ozdobom.
I choć okres świąteczny nie wiązał się dla niego z żadnymi
szczególnymi wspomnieniami z dzieciństwa typu fajerwerków, czy to
otwierania ogromnych paczek wiązanych kolorowymi wstęgami, jednak
gdy przechodził wieczorem udekorowanymi najcudaczniejszymi lampkami
ulicami, budował się w nim podniosły nastrój.
Swych
własnych, rodzinnych świąt, przy choince dekorowanej wspólnie z
żoną wolał nie wspominać, by nie rozdrapywać ran i nie wpadać w
melancholię. A Kasi jak co roku wysłał kartkę i jak zawsze
obiecał jej, że w wigilijny wieczór przez jej gwiazdę wyśle jej
życzenia i buziaki. Miał ogromną nadzieję, wierzył w to coraz
bardziej, że może w następne święta nie będzie musiał używać
do życzeń pośredników.
Przechodząc
koło domu towarowego przypomniał sobie, że przecież we wtorek ma
przyjechać siostra Zygmunta z córką. Co prawda z jego
półświadomych wynurzeń i zdawkowo rzucanych na jej temat opinii
przez panią Zosię można sobie było wyrobić o niej niezbyt
pochlebne zdanie, ale może właśnie dlatego był jej ciekaw?
Tak
czy inaczej, musi kupić jakieś prezenty. Dobrze, że dziś sklepy
są długo otwarte. Jaki to wspaniały wynalazek te handlowe
niedziele... Gdyby nie to, byłby pewnie w kłopocie, bo choć nie
stać go jeszcze na wiele, to jednak nie chciałby wyjść na sknerę
i niewdzięcznika.
Przechodząc
przez rozsuwane drzwi na fotokomórkę zastanawiał się, czego może
chcieć pannica w wieku czternastu lat. To przecież już prawie nie
dziecko, a do dorosłości jeszcze daleko. I tak w zasadzie to co
on wie w ogóle o dorastających dziewczynkach? Z własnego
doświadczenia jedynie, że są odległe i niedostępne.
-
Pewnie mógłbym być ekspertem od braku wiedzy w dziedzinach
naturalnych...
Ironicznie
zaśmiał się sam z siebie, wchodząc po schodach na piętro. Dział
z zabawkami zostawił za sobą, stwierdzając że to chyba jednak nie
ten etap. Nawet, jeśli panna używa zabawek, to pewnie nie tego
rodzaju. Wierząc w porzekadło, że jaka matka, taka córka, to
bazując na znanych mu faktach, lepiej nie zagłębiać się w temat.
Zresztą, kto to wie? On nie będzie w każdym razie tego drążyć.
Omijając
jeszcze kilka butików, wreszcie natknął się na stoisko z
pamiątkami. Od dłuższego już czasu bezwzględnie konkurowały ze
sobą wszelkie aniołki i Mikołaje. Jedne były prześliczne, niczym
cherubinki, inne fikuśne i karykaturalne. Od zwykłych kartek,
poprzez proste drewniane, gipsowe, ze sztucznych tworzyw łączonych
z jedwabiem.
Wreszcie
po długim przeglądaniu wszelkich stoisk i jeszcze dłuższych
pertraktacjach z samym sobą postanowił siostrze Zygmunta kupić po
prostu flakonik perfum a pani Zosi po prostu apaszkę. Prezent dla
Zygmunta już jakiś czas temu zapakował i starannie schował na
półce w szafie – rzeźbione, drewniane szachy. Największy
problem – prezent dla siostrzenicy Zygmunta – rozwiązał się
niemal sam. Przechodząc pomiędzy świątecznymi stoiskami był
świadkiem dość zabawnej dla niego scenki – zdenerwowana matka
coś koniecznie chciała wytłumaczyć nastoletniej córce, która
niespecjalnie zwracając na nią uwagę uśmiechała się zaczepnie,
podrygując w rytm słuchanej z MP3 muzyki. Od razu przyszło mu na
myśl, że pewnie siostrzenica Zygmunta musi być bardzo podobna.
Postanowił zatem kupić jej MP3. Jeśli nie będzie zadowolona, to
już trudno. On przecież i tak już nic mądrzejszego nie wymyśli.
Wychodząc
z centrum handlowego głęboko wciągnął mroźne powietrze. Jak
dobrze po tych wszystkich świąteczno-zakupowych zapachach odetchnąć
po prostu powietrzem...
Dochodząc
do rynku z daleka już słyszał charakterystyczne dźwięki
wygrywanej na trąbce kolędy. W zasadzie nie dałby głowy, czy to
faktycznie jest trąbka, fagot, czy jeszcze coś innego. Nie zna się
na muzyce i instrumentach, i nigdy nie potrafił rozróżnić ich
dźwięków.
Przy
jednej z narożnych uliczek „wpadających” na rynek, jak na jego
oko w odległości 20 lub 30 metrów od dwupiętrowej gęsto
oświetlonej choinki na lichym taborecie siedział młody człowiek i
grał. Robert wsłuchał się w płynące czyste dźwięki,
zwiastujące rychłe przyjście zbawiciela ludzkości. W miarę jak
stał i słuchał, rosła w jego sercu radość. Ale w miarę upływu
czasu również i smutek, spowodowany obojętnością przechodniów,
którzy jeśli w ogóle zwracali czasami uwagę na grającego, to
można było wyczytać w ich oczach raczej pewien rodzaj
niecierpliwości niż zainteresowania. Bez względu na to, co
skłoniło młodego muzykanta do wystawania na mrozie z otwartym
futerałem, on Robert, gdy wrzucał do tego futerału banknot, był
wdzięczny losowi, że dziś on sam nie musi stać na mrozie i
żebrać, lecz ma dach nad głową i pracę.
*
* *
Pokój
był totalnie zagracony. Co prawda mieszkała w nim jedynie z o trzy
lata młodszym Marcinem, lecz jego kiszkowatość nie pozostawiała
wielkiego pola manewru przy meblowaniu. Wielokrotnie w rozmowach
słyszała narzekania ciotki i odgrażania się, iż najchętniej
powiesiłaby tego architekta dokładnie za to, co ma najcenniejsze.
Tyle, że co ją to w tej chwili obchodziło?
Przechodząc
pomiędzy tapczanem i meblościanką w stronę okna, miała akurat
tyle miejsca, by zahaczać o ciągle niedomykającą się szafkę.
Stąd też często nosiła na nodze fioletowo-zielone dowody braku
przestrzeni. Nienawidziła tego miejsca, tego domu a w szczególności
rozbestwionego i złośliwego Marcina i jego nieodpowiedzialnej,
lekkomyślnej i despotycznej matki.
Wściekła
i nieszczęśliwa znów uderzyła się o uchylone drzwiczki.
Przeklinając w duchu potraktowała je stopą i rzuciła się na
tapczan, by się wypłakać w poduszkę nie bacząc na krzywy uśmiech
kuzyna. Gdyby tylko żyła mama, albo gdyby choć tata był tutaj....
Podczas
gdy zagłębiała się we własnym bólu po niesprawiedliwym
potraktowaniu przez ciotkę zabraniającą jej wyjazdu na szkolną
wycieczkę pod pozorem zbyt wysokich kosztów, doleciał do niej z
boku głos Marcina – rycz mała rycz, płacz maleńka płacz...
Ale
tym razem nie da się sprowokować, o nie. Niech sobie ten
rozpieszczony maminsynek wyśpiewuje co chce, ale od dziś do jej
prywatnego świata nie ma wstępu. Od dziś będzie go zupełnie
ignorować. A co do ciotki... Doskonale wiedziała, że dostaje na
nią pieniądze, a od czasu gdy wujek nie mógł już dłużej
wytrzymać jej zgryźliwości i co najmniej niestandardowych zachowań
jak na kobietę i po prostu zabrał nogi za pas, ciągle umawiała
się z różnymi (jak to nawet Marcin określił) fagasami i często
wyjeżdżali z Marcinem na weekendy. Ona sama nie miała tyle
szczęścia – zostawała w domu, a jej zadaniem było wysprzątanie
mieszkania i pilnowanie psa. Przecież, jak powtarzała ciotka, jest
już nastolatką i czas, by się uczyła życia i prowadzenia domu.
-Jakie
to cholernie niesprawiedliwe!!! Tato, gdzie jesteś?!!! - łkała w
myślach.
Obudziło
ją poszturchiwanie i popiskiwanie. Było już zupełnie ciemno i
Timi domagał się wieczornego spaceru. W łazience, przed lustrem
obmacała opuchliznę wokół oczu, stwierdzając, że wygląda jak
wampirzyca w transie. Zebrała włosy gumką i wyszła z psem.
Wspaniała
czerń nieba z mnóstwem jaśniejących gwiazd zapowiadała piękną
pogodę. Wśród całej plejady jaśniejących punkcików odnalazła
tę, którą kiedyś pokazywał jej ojciec. Mrugała do niej
tajemniczo i dodawała otuchy. Zawsze, gdy czuła, że dzieje się
jej krzywda lubiła na nią patrzeć, wspominając wczesne
dzieciństwo i marzyć. W jakiś niewyjaśniony sposób dawała jej
spokój i siłę. Tym razem postanowiła, że już nie będzie
grzeczną dziewczynką. Już niedługo będzie pełnoletnia, a wtedy
nikt nic nie będzie mógł jej kazać ani zabraniać.
Do
szkoły miała tylko dwa przystanki, a pogoda była tak piękna, że
nie chciała czekać na autobus.
Park,
od niepamiętnych czasów nazywany Małpim Gajem, na pierwszy rzut
oka nie robił szczególnego wrażenia. Bywało już, że
przychodziła tu na spacery z Timim i dokładnie wiedziała, które
jego zakątki omijać, by nie natknąć się na smakoszy
niewyszukanych trunków, lub na tzw. trudną młodzież.
Jej
klasa właśnie dziś zaczynała trzydniową wycieczkę, a ona co?...
Ma iść do szkoły z jeszcze dwoma osobami, które nie jadą?
Kolejny raz robić z siebie pośmiewisko. O nie... Nie ma już więcej
na to ochoty. Może przecież spędzić w tym parku kilka godzin i
wrócić jak gdyby nic. I tak nikt nie zwróci uwagi, co się z nią
dzieje. A park jest teraz taki kwitnący, piękny i co ważne
wielki. Te kilka godzin z pewnością uda jej się miło spędzić
pośród zieleni.
*
* *
Pomimo
nieprzerwanie padającego deszczu już od kilku dni, coś nieodparcie
pchało go w stronę lasu. Pogoda zupełnie jakby pomyliła pory
roku, niebo jesienno szare, przytłaczające, opadające ciężką
kurtyną na zamglony świat. Powietrze przesycone wilgocią
skutecznie zniechęcało nieliczne miejskie ptactwo do aktywności.
Było jednak ciepło i nawet rozbujała jesienna aura nie mogła
skryć gwałtownie wybuchającej zieleni.
Odgarniając
tarasujące gałęzie, obserwował spływające krople z młodziutkich
liści.
-
Młode życie zawsze górą – uśmiechnął się pod nosem. Pomimo
nieprzychylnej pogody, wiosna zawsze budziła w nim radość i chęć
życia. Głęboko wciągał powietrze, rozkoszując się jego
świeżością.
Brnął
ścieżką w pobliżu strumienia, ku coraz bardziej przebijającemu
się przez chmury słońcu. Minął koński wybieg już pewien czas
temu, szczerze się sobie dziwiąc, że jeszcze do tej pory nigdy nie
zabrnął tak daleko. Na niebie z wolna zaczęła rysować się
barwna tęcza, a on stał spoglądając na nią urzeczony jak
dziecko, któremu po raz pierwszy dane jest posmakować wyśmienitej
czekolady. Za zakolem strumień wpadał do jeziora, o którego
istnieniu jeszcze nie wiedział. Ocenił, że w odległości może
stu metrów zza lasu wyłania się droga, która zataczając łuk nad
jeziorem niknie za domami po około czterystu metrach. Jezioro w
sporej części otaczały zarośla, jednak od strony drogi zauważył
niewielki bity parking. Ulicą właśnie przejeżdżał jakiś
autobus, rozpryskując po drodze strumienie wody. Niebawem wszedł na
ścieżkę rowerową, prowadzącą pomiędzy ulicą i jeziorem. Gdy
przejechało kolejne auto, na własnej skórze odczuł, jak wiele
infrastruktura drogowa pozostawia do życzenia. Koleiny po
kilkudniowych opadach zamieniły się w spore kałuże, których nie
sposób było ominąć. Należało się raczej zastanowić, jak
bardzo niebezpieczną jest jazda po takiej drodze. I chociaż nigdzie
nie zauważył znaku ograniczającego prędkości, to jednak kierowcy
na sporym odcinku sami zwalniali.
Gdy
minął parking, ścieżka rowerowa skręcała i ginęła w skupisku
drzew. W tym momencie zszedł w stronę jeziora i zauważył kilka
rozstawionych namiotów. Podszedł do pierwszego z brzegu, z którego
wydobywały się stonowane dźwięki muzyki. Tuż przy samej wodzie
rozstawione stały stojaki z wędkami. Prawie jednocześnie z namiotu
wyłonił się mężczyzna w średnim wieku odziany w moro i zapalił
papierosa.
-
Dzień dobry. Jak tam ryby?
-
Dobry jak dobry... Nie specjalnie dzisiaj.
-
Ale widzę, siatka się moczy....
-
Same małe leszczyki. Nic specjalnego.
Nie
zdążył wypalić papierosa, gdy sygnalizacja przy jednej wędce
zaczęła wygrywać melodyjkę. Rzucił papierosa i zaciął wędkę,
która wygięła się prawie do połowy. Mina wędkarza świadczyła
o sporym skupieniu, gdy zaczął kręcić kołowrotkiem. Prawie
momentalnie zjawili się dwaj koledzy wędkarza z pobliskich
stanowisk i zaczęli mu ostro dopingować.
-
Dawaj Stachu... to będzie wielki karp... albo nawet sum...
-
Byle nie zaginiony gumiak...
Pomimo
żartów dopingowali koledze i obserwowali sytuację. Po kilku
minutach na wodzie pojawił się ślad. Widać było dokładnie smugę
i walkę wyciąganej ryby.
-
Tanio skóry nie odda...
-
Chodzi pięknie... Uważaj, żeby ci nie weszła w zaczepy...
Wędkarz
obejrzał się – weź podbierak – rzucił do jednego z kolegów.
Robert z zaciekawieniem obserwował jak trwała walka. Ryba jeździła
raz w prawo, raz w lewo, a wędkarz systematycznie, choć bez
pośpiechu pompował wędką i kręcił kołowrotkiem. Widać było,
że ryba chyba w końcu da za wygraną, choć bliżej brzegu siły w
nią wstąpiły z podwójną mocą. Wówczas kolega w woderach wszedł
do wody i zanurzył podbierak, kierując go w stronę ryby. Chwilę
trwało, lecz ryba w końcu była w podbieraku. Po wyciągnięciu jej
na brzeg, wszyscy zaczęli podziwiać zdobycz.
-
Jak nic, pięć kilo będzie miała.... Piękna.... No to wreszcie
coś konkretnego.... Gratulacje Stachu.... Widziałeś, jak
chodziła?... Kur... piękny...
Karp
po zmierzeniu trafił do siatki. Był to bez wątpienia piękny okaz
sazana. Po wszystkich gratulacjach Robert jeszcze chwilę towarzyszył
wędkarzom, po czym stwierdził, że czas na niego i wrócił na
ścieżkę rowerową w stronę domu. Wreszcie się rozpogodziło i
las pozdrawiał go radosnymi trelami.
Od
tej pory wielokrotnie wracał nad jezioro, po drodze upajając się
świeżością lasu. Obserwował za każdym razem życie wokół i za
każdym razem dziwił się, jak można nie zauważać całej mnogości
stworzeń, życia tętniącego za każdym krzakiem i pod każdym
liściem. Wsłuchiwał się w codzienny świergot i zaloty,
obserwował budowę, a czasami odbudowę domostw, trud wychowywania
potomstwa i pierwsze niezgrabne próby lotów ptactwa.
Prawie
każdą wolną chwilę spędzał w lesie lub nad jeziorem, ucząc się
na nowo natury. Z fascynacją przyglądał się szczurowi, który
pewnego dnia podczas swojej wędrówki wybiegł z trzciny nad
brzegiem zatrzymując się nagle zaskoczony widokiem człowieka na
swej drodze. Szybko czmychnął na powrót w trzciny. Po kilku
minutach, poświęconych zapewne na ocenę zagrożenia, szczur
niepewnie wyłonił się z trzcin i szybko przebiegł otwarte
stanowisko, kryjąc się w zaroślach. Równie zaskoczony Robert
siedział na kamieniu i by nie płoszyć chwili starał się nie
oddychać żałując, że nie może być w takiej chwili niewidoczny
i bezwonny. Później wielokrotnie jeszcze spotykał owego szczura
przemykającego, lub przepływającego nieopodal brzegu. W myślach
nadał mu nawet imię Archibald , wspominając wyświetlaną dawno
temu bajkę o szczurze Ogryzku, który sam siebie nazywał właśnie
Archibaldem.
Zaznajomił
się z kilkoma wędkarzami. O przyjaźni nie można mówić – to
zbyt wielkie słowo – ale niektórych dość dobrze poznał i
dobrze czuł się w ich towarzystwie. Jeden z nich, Jurek, miał
zwyczaj wysypywania nadmiaru zanęty wzbogaconej pinkami w okolice
krzaków. Robert później przez dłuższy czas siedział i
obserwował zbierające się na posiłek ptactwo. Przeważnie wróble
robiły stadny nalot na wysypaną zanętę i wydziobywały ją do
ostatniego okruszka i robaczka. Bywało jednak, że na inne
stanowisko przylatywał ptaszek nieznany Robertowi. Był wyższy i
smuklejszy od wróbli, na niebywale cieniutkich nóżkach. Już po
pierwszej wizycie tego ptaka Robert stwierdził, że gdzieś w
pobliżu musi mieć gniazdo z młodymi. Uwijał się bowiem
nadzwyczajnie. Wydziobywał rozsypane robaczki, nabierając jak
największą ich ilość jednorazowo, a gdy któreś wysypywały mu
się z dzioba, niestrudzenie zbierał je na nowo i dopiero, gdy nie
był w stanie uchwycić nic więcej, odlatywał. Po kilku króciutkich
minutach zjawiał się powtórnie, zaczynając swój taniec z
robakami od nowa, aż do całkowitego oczyszczenia terenu.
Ptaszek
ten tak zafascynował Roberta, że po pewnym czasie zaczął zaglądać
do sklepu wędkarskiego specjalnie po pinki, by móc je później
wysypać w znajomym miejscu.
Doszedł
do momentu, gdy ze zdziwieniem stwierdził, że wizyty w sklepie
zajmują mu coraz więcej czasu i coraz częściej zaczyna się
przyglądać wystawionemu sprzętowi wędkarskiemu. Kiedyś, jeśli w
ogóle myślał o wędkarstwie, wyobrażał sobie skulonego nad wodą
faceta z jakimś kijem w ręku i to wszystko. Obecnie ten temat
widział zupełnie inaczej. Cała masa wędek różnego rodzaju
długości, wytrzymałości i z różnych materiałów. Nie wiedział
wcześniej, że w zależności od metody, jaką stosuje wędkarz i od
tego, co chce złowić wędki zasadniczo różnią się od siebie.
Podobnie sprawa się miała z kołowrotkami, żyłkami i całą gamą
smaków i zapachów zanęt. Na stojakach i w gablocie spoczywała
może setka różnego rodzaju wielkości, grubości i kolorów
haczyków. O większości różnego rodzaju drobiazgach nie miał
pojęcia czym w ogóle mogą być i do czego służyć. Część
miejsca w sklepie zajmowały stojaki, różnej wielkości wiadra,
krzesła, taborety i odzież wędkarska w tonacjach maskujących. W
pobliżu drzwi na stojakach spoczywała prasa wędkarska. Gdyby
wszystkie sklepy były tak wyposażone, byłby to dziewiąty cud
świata – pomyślał pewnego dnia biorąc jedną z gazet.
Bywało,
grywając z Zygmuntem w szachy, opowiadał mu o swoich wyprawach i
spostrzeżeniach. O zachwycie przyrodą, późnowiosennych,
przechodzących w letnie wieczorach i nocach spędzanych nad
jeziorem, gdy zdarzało mu się wracać do domu już po północy, w
asyście świetlistej tarczy księżyca wiernie wskazującego drogę.
O wieczornych zmianach, gdy nad wodą najpierw polowały jaskółki,
by następnie ustąpić miejsca nietoperzom. Wyrażał głośno
zdziwienie i podziw np. dla jaskółek, które w zawrotnym tańcu nad
wodą pikowały lub popiskując nawracały, nigdy nie wchodząc w
kolizję z innymi. Zauważył stado rozwrzeszczanych wron,
przelatujących jak samoloty zawsze tym samym szlakiem i o tej samej
wieczornej porze. Ciemność i cisza były złudne, bo od czasu do
czasu dostrzegał latające świetliki i słyszał różne odgłosy
dochodzące z zarośli i lasu. Natura tak naprawdę nigdy nie
zasypiała.
Któregoś
razu, wykorzystując przerwę pomiędzy partiami, sięgnął po
portfel i wyciągnął z niego biały, złożony na pół kartonik,
kładąc go bez słowa na środku szachownicy. Zygmunt wziął go do
ręki odczytując KARTA WĘDKARSKA. Rozłożył go, przyglądając
się wklejonemu zdjęciu i bezgłośnie odczytując uprawnienia
Roberta do amatorskiego połowu ryb.
-Widzę,
że cię wzięło?
-Trochę
chyba tak. Na początek nie będę szaleć. Najpotrzebniejsze
sprzęty już mam i w sobotę wybieram się na pierwsze samodzielne
łowy.
Kiedyś,
jeszcze w dzieciństwie marzył o przemierzaniu świata antycznego.
Pragnął przejść rzymskim traktem, gładzić kamienie panteonu,
stanąć na środku areny koloseum, zamknąć oczy i wsłuchać się
w echo modlitwy Chrześcijan. Przejść szlakiem Spartakusa, odszukać
wspomnień rozegranych walk, zdrady i nieuniknionego końca. Czasami
zdarzało mu się wpadać w melancholijny nastrój – słyszał
wówczas nawoływania, odgłosy walki, zgrzyt metalu i upadków pod
ciosami. Niemal fizycznie odczuwał ból przeszywanego ciała
rzymskim mieczem, przy akompaniamencie dudniącego śpiewu legionów.
Kiedy indziej ramię w ramię walczył przy boku Cezara i triumfalnie
wkraczał do Aleksandrii, podziwiając urodę i umysł Kleopatry.
Wyobrażał sobie jak wspina się po kamieniach piramidy, staje na
jej szczycie i jak Amon prześwietla czas i przestrzeń. Mknąc
wzrokiem przez pustynię dociera do złotego miasta, gdzie pada
pokonany przez Echnatona. Ale to wszystko rozgrywało się w umyśle
kilkunastoletniego chłopca, który im stawał się starszy, tym
bardziej oddalał się od swych marzeń. Pragnął zachować ten
starożytny świat tylko dla siebie i doświadczać w nim przygód
prywatnie, bez potykania się co krok o turystów. Przez pewien czas
nie potrafił się pogodzić z faktem, iż jego wymarzony świat
coraz częściej jest celem wczasowiczów i wycieczkowiczów. Jednak,
gdy zainteresowanie Europejczyków jego światem osiągnęło
niebezpieczny dla niego poziom i nic nie wskazywało na to, by miało
się coś zmienić, po prostu odpuścił. Pewnej nocy pożegnał się
z Cezarem, Seneką, Agrypą, szalonym Kaligulą, nieszczęsnym
Spartakusem, przebiegłą Agrypiną i piękną Kleopatrą. Od tamtej
nocy, jeśli zdarzało mu się wspominać świat starożytny, myślał
o nim jedynie jak o raju utraconym.
I
nagle wszystko jakby stanęło na głowie. Już niemal rok brał
udział w rozgrywkach szachowych, organizowanych w Polsce i jako
członek katowickiego koła szachowego uzyskiwał doskonałe wyniki.
Czasami sam przed sobą przyznawał, że choć to nieskromne, ale
niespecjalnie go dziwi. Zygmunt swego czasu pomógł mu zapoczątkować
powrót do jego młodzieńczej miłości – szachów. To właśnie
dzięki niemu odświeżył swoje szare komórki i postawił je na
baczność do pełnej gotowości. Swój wewnętrzny komputer zamienił
w główny sztab armii w czasie kryzysu, za każdym razem nastawiony
na wygrywanie głównej walki w wojnie szachowej. I trzeba przyznać,
że dowódcy tej armii byli naprawdę świetnie wyszkoleni i
przewidujący. Musiał przyznać, że w ogóle bardzo dużo
zawdzięczał Zygmuntowi. Czasami wspominając ich pierwsze
spotkania, jeszcze na plaży, dochodził do wniosku, że mimo
wszystko ma cholerne szczęście w życiu i że to chyba musiał być
jakiś instynkt w rodzaju tych pierwotnych. A teraz? Może się
okazać, że będzie mu zawdzięczał dużo więcej.
Czasami
wydawało mu się, że Zygmunt jest specjalnie zesłanym mu przez
Boga aniołem stróżem. Ale czy on sam wierzy w Boga? Nie był już
taki przekonany.
Siedzieli
nad brzegiem jeziora, gdzie urządzili sobie męski piknik (przy
dużym wkładzie pracy pani Zosi) przy wędkach. Zygmunt czasami dał
się namawiać Robertowi na krótki wypad nad wodę – towarzysko
oczywiście, bo jego samego nie pociągało wędkowanie, ale
stwierdził, że jest to dobry sposób na odstresowanie i wypoczynek.
Popijając piwo namawiał Roberta:
-Na
twoim miejscu bym się w ogóle nie zastanawiał. Taka propozycja!
Tylko pomyśl... A zresztą mam pomysł. Myślę, że należą nam
się jakieś wakacje. Zastanawiam się..
-To
nie takie proste.
-Przecież
do tej pory bijesz na łeb wszystkich.
-Fakt,
jednak zważ na drobną różnicę. Biję i owszem, ale wszystko to
są jakieś pomniejsze zawody. Nie mnie równać się z mistrzami.
-Opowiadasz.
I co z tego? A poza tym, przykładowo, Mistrzostwa Polski nie są
chyba takimi pomniejszymi zawodami? Szkoda, że nie możesz
obserwować sam siebie przy szachownicy. Cały się zmieniasz. To
widać, jak wyłączasz świat wokół siebie, istniejesz tylko ty i
twój król i widać, że sprawia ci to przyjemność. I choć to
nie męskie, to cholera, zazdroszczę ci tego świata.
-Ale
mimo wszystko... ranga Mistrzostw Świata to zawsze...
-Nie
pieprz. Masz możliwość startu w Mistrzostwach Świata i pięknie!
Jak życie daje szansę, to się jej nie przepuszcza chłopie.
Sceptycyzm
Roberta jednak nie ustępował. A w życiu codziennym już nie tylko
Zygmunt zaczął zwracać uwagę, że zbyt wiele samokrytyki mu
szkodzi.
W
krzakach z lewej strony coś zaszeleściło, trzasnęło kilka
złamanych gałęzi i po chwili wyłonił się pies. Niewielki,
czujny, podniósłszy łeb do góry poruszał nozdrzami sprawdzając
zapachy. Zrobił kilka kroków do przodu i po krótkiej chwili
mierzenia się wzrokiem z Zygmuntem wycofał się.
-Nawet
taki kundel nie zadziera z mistrzem
-Skapitulował
raczej przed twoją złością.
Zygmunt
tylko cicho westchnął, niechętnie przyznając w duchu, że być
może Robert ma rację. Ale w sprawie wyjazdu na mistrzostwa jeszcze
nie odpuścił. Miał swój własny plan. Dobrze wiedział, że ma
doskonałego nosa do interesów, ale nie tylko. Tak jak wtedy, na
plaży, przeczucie nie myliło go, że spotkał zagubionego w mętach
życia wartościowego człowieka. I nigdy nie żałował, że
przyczynił się do zmiany jego statusu społecznego. Robert okazał
się doskonałym pracownikiem i przyjacielem. Teraz planował
odpocząć od codziennych zmagań branżowych, skomplikowanych
stosunków rodzinnych i szarej codzienności w północnej Afryce.
Właściwie planował wyjazd już od dłuższego czasu, ale zawsze na
drodze stawała jakaś przeszkoda. W końcu musiał przyznać sam
przed sobą, że wszystko to były jedynie wymówki, maskujące brak
odpowiedniego kompana w podróży. A Robert, na ile go znał, nadawał
się do tego idealnie. Jemu też przyda się odpowiednia dawka
odmienności.
* * *
Mysza. Tak
ją nazywali. Chodziła szara jak mysza i przezwisko do niej
pasowało. Włosy też nosiła związane w myszowatą kitkę. W sumie
nieciekawa laska, jedynie oczy miała piękne – wielkie i czarne.
Czasami zapędzała się w „ich” część parku, razem z tym
swoim błaznowatym psem. Często z niej drwili – nie mieli wielu
rozrywek w ciągu dnia, a ona doskonale się do tego nadawała, jak
każdy, u kogo tylko wyczuwali układność i uległość. Czasami
tymi swoimi idiotycznymi strojami kojarzyła im się z pensjonarką.
Grzeczna dziewczynka – fuj... Ale bywało, że stanowiła maleńką
iskierkę zapalną, takie prawie nic, choć jednak... Już trzy
miesiące wcześniej Ruda zauważyła, że Miro coś za często się
jej przygląda. Pewnie, że jej się to nie podobało. A jak inaczej?
W końcu choć nie był specjalnie bystry, to jednak potrafił
załatwić najlepszy dostępny towar. Miro był kimś, kto jej
imponował i kogo potrzebowała. A nie miała najmniejszego zamiaru
dzielić się nim z jakąś Myszą. Dosyć się natrudziła, nim w
końcu mogła swobodnie powiedzieć - „mój”.
Z Myszy
łatwo można było się nabijać. Przychodziła do parku prawie
zawsze o podobnej porze z tym swoim sierściuchem i starała się ich
omijać z daleka. Lecz jeśli nuda dała im się dość we znaki,
Furia wyskakiwał na ścieżkę i odstawiał swój popisowy taniec,
swój małpi śpiew. Mysza wtedy szybko czmychała z podwiniętym
ogonem. Ale był ubaw.
Nadchodziła
właśnie z przeciwnej strony, a Miro znów jej się przyglądał. Im
częściej na nią patrzył, tym bardziej Ruda chciała jej dopiec. I
zawsze miała satysfakcję, gdy po ucieczce Myszy nie tylko słowa
Miry wyrażały niechęć i pogardę.
-Furia!
Śpiew! - zawołała.
-Gdzie?
Ale zanim
zdążyła odpowiedzieć, zauważył nadchodzącą Myszę, zeskoczył
z murka i rozpoczął swój specjalny, popisowy numer. Podskakiwanie,
nieskoordynowane ruchy, przy tym pohukiwanie i małpie wrzaski niosły
się echem, płosząc ptactwo.
Kasia była
w nastroju ponurej rezygnacji i obojętności. Miała serdecznie dość
życia u ciotki, zazdrościła ptakom wolności, ba.... zazdrościła
nawet bezpańskim psom... Z jednej strony załamana, a z drugiej
wściekła na tak niesprawiedliwy los, a tu jeszcze znowu przed nią
wyrósł ten krzyczący pawian. Miała dość. Na chwilę stanęła i
przyjrzała mu się nie mogąc zrozumieć, dlaczego zawsze uciekała,
gdy się pojawiał. Przecież on jest jednocześnie śmieszny i
żałosny! Rozbawiona siadła na ławce naprzeciw fontanny i zaczęła
przesypywać pomiędzy palcami drobny żwirek ze ścieżki.
-Co jest
Mysza? - wykrzyknął zdezorientowany Furia.
-A co ma
być? - widząc jego rozczarowanie wybuchła śmiechem.
-Spadaj
– Kasia roześmiała się jeszcze głośniej.
Gra cz.3.
Reviewed by Dorota Kuryło
on
marca 02, 2018
Rating:
Reviewed by Dorota Kuryło
on
marca 02, 2018
Rating:


Brak komentarzy: