Za
oknem łyse pola tworzyły przeplatankę z coraz mniejszymi lasami,
laskami, zagajnikami. Przyglądając się, bez problemu mógł
zaobserwować, jak początkowa lekkość ustępuje miejsca ciężkiej,
gliniastej ziemi. Roślinność stopniowo staje się wypłowiała,
szara i nawet drzewa zdają się sterczeć powykrzywiane z gałęziami,
niczym reumatyczne koślawe kłykcie czarownicy. Jak z kiepskiego
horroru dla niegrzecznych dzieci.
I to są
niby te nasze płuca ziemi –
pomyślał ironicznie – jeszcze trochę, byle tak dalej,
a potrzebny im będzie przeszczep.
Wraz
ze zmianą naturalnego otoczenia, zmieniał się też styl mijanych
zabudowań. Te ledwie trzymające się kupy, zostawili już dawno za
sobą. Czasami wyglądały, jak żywcem wyjęte z jakiejś
zamierzchłej przeszłości. Parterowe, często jedno, lub dwuizbowe
z niewielkimi oknami niewiele różniły się od stodół w obejściu,
przy których stały wozy drabiniaste. Często budowane z drewnianych
bali, malowane na pomarańczowo. Jakby czas w tych rejonach zatrzymał
się dawno temu, a mieszkańcy mieli w nosie cały postęp
cywilizacyjny.
Jeszcze
kilkanaście minut wcześniej Robert zastanawiał się, kto też może
dziś mieszkać w takich warunkach z własnej woli. Takie życie
pasuje do jakiegoś nawiedzonego ekologa, choć z drugiej strony, czy
ci ludzie żyjący bliżej natury nie są w pewien sposób
szczęśliwsi od tych wiecznie zabieganych mieszczuchów i tzw. ludzi
interesu? Doszedł do wniosku, że pewnie są.
Wraz
z upływem czasu i biegiem pociągu, zabudowania zmieniły zupełnie
charakter. Najpierw drewniane chałupy zaczęły ustępować miejsca
murowanym, coraz bogatszym i gęściej skupionym domostwom, by po
jakimś czasie mógł dostrzec w oddali zarys pierwszych betonowych
osiedli.
Zrobiło
mu się jakoś przykro, bo skoro zdążył już pokochać naturę i
przestrzeń...
-
Za jakieś pół godziny powinniśmy być już na miejscu. - dobiegł
go głos Zygmunta.
Przyglądając
się pejzarzom za oknem, zwrócił uwagę na jeszcze jedną
prawidłowość. Wśród mijanych stacji i stacyjek, to te małe,
zdawałoby się w zapadłych dziurach, miały swój niepowtarzalny
urok. Bywały takie, na których czas zatrzymał się z pewnością
co najmniej w początkach dwudziestego wieku, a może i wcześniej. Z
okrągłymi, soczyście kwitnącymi, murowanymi klombami, równiutko
przystrzyżonym zielonym trawnikiem, zielonymi drewnianymi ławkami
na niewielkim peronie i budynkami, mogącymi opowiedzieć kawał
historii. Czasem nawet na uboczu, w cieniu wierzby, drewniany
wychodek żyje wspomnieniami wyciętego w drzwiach serca. Gdyby
zatrzymać się na takiej stacyjce, to jakby odbyć małą,
sentymentalną podróż w przeszłość.
Od
jakiegoś już czasu zdecydowanie częściej przystawali na stacjach,
które wydawały mu się pozbawione wyrazu. Całkowicie zniknęły
staromodne latarnie, zastąpione światłem neonów, a stylowe
budynki szarym, zimnym betonem, często zdobionym kolorowym sprayem,
użytym przez pseudoartystów.
Robert
pomyślał, że w zasadzie to też styl. A choć z napisów
przeważnie można się było dowiedzieć czym się jest, z jakiego
klanu, jakiemu klubowi bezpiecznie jest kibicować itd., to jednak
jest to ekspresyjne wyrażanie umysłu pewnych grup, zapewne
młodzieżowych. I szczerze można powiedzieć, że mamy to, co sami
wychowaliśmy.
Choć
z początku czuł się nieco dziwnie, gdy przemierzając dworcowy
budynek stwierdził, że nikt mu się nie przygląda, w mgnieniu oka
doszedł do wniosku, że wreszcie, że tak ma być. W końcu jest
jednym z wielu milionów obywateli.
Pod
dworcem zatrzymali się tylko na chwilę przy kiosku. Zygmunt kupił
kilka porannych gazet i papierosy. Było dość chłodno i kupiony
dzień wcześniej sweter bardzo się teraz Robertowi przydał. Pomimo
iż ulice były mokre, (widać w nocy musiało padać) to parę
metrów z boku automatycznie rozsuwanych drzwi, wśród sterty
kartonów i szmat, gramoliła się coś mamrocząca do siebie pod
nosem starsza kobieta. Przez chwilę przyglądał się tej scence i
poczuł ukłucie w okolicy serca myśląc o własnej, spadającej z
nieba szansie.
Za
cały bagaż miał starą książkę, ze starym zdjęciem córki w
środku. Przeszli za róg budynku i wsiedli do pierwszej z szeregu
oczekujących taksówek. Zygmunt podał kierowcy adres, na który
Robert nawet nie zwrócił uwagi. Gdy ruszyli, przyglądał się
zwykłemu, codziennemu ruchowi ulicznemu dużego miasta. Czuł się
jak dzikus, pchnięty w paszczę cywilizacji. Uliczny szum, odgłos
mijanych tramwajów i aut przytłaczał go. Po jakichś piętnastu
minutach, gdy wjechali w spokojniejsze dzielnice, nieco się
rozluźnił.
Podobało
mu się to, co widział przez okno. Spokojna ulica domów schowanych
za ścianą zieleni i cisza, kojąca uszy po ulicznym gwarze. Z
przyjemnością przymknął oczy, ucząc się okolicy przez zapachy
docierające uchylonymi oknami. Wyraźnie odróżniał zapach
igliwia. Już choćby z tego powodu, plus komfort na tylnym siedzeniu
w zupełności wystarczyły, by poczuł się szczęśliwy. Słyszał,
jak Zygmunt rozmawia przez telefon, lecz podniecony nieoczekiwanym
zwrotem w swoim życiu, nawet nie próbował wyłapywać znaczenia
słów.
Gdy
otworzył oczy, stali przed bramą wjazdową. Po obu stronach
niewysoki murek tylko częściowo przysłaniał rzędy sędziwych
tui, chroniących domostwo przed wścibskim wzrokiem ciekawskich. Do
wejścia prowadziła alejka przez wzorowo utrzymany, różany ogród.
Sam dom też musiał mieć swoje lata. Nienagannie utrzymany, choć w
niczym nie przypominał tych nowiutkich, ekskluzywnych willi.
Gdy
weszli do środka, tym większe zrobił na Robercie wrażenie swą
przestronnością i wybrednym, gustownym urządzeniem. Nie znał się
co prawda na sztuce, ale miał dziwne przeczucie, że kolekcja
obrazów zajmujących dwie ściany w pokoju gościnnym jeśli już
nie jest, to z pewnością w przyszłości będzie niezwykle cenna.
Szczególnie do serca przypadł mu jeden, przedstawiający
dziewczynkę z końmi przy wodopoju. Wpatrywała się gdzieś poza
ramy obrazu z silnym wyrazem zachwytu i zaskoczenia. Również koń,
przy którym stała, wydawał się spoglądać w tamtą stronę.
Obraz zdawał się prowokować i podszeptywać: zgadnij, co
takiego zobaczyli, a czego nie pokazał malarz?
Ale
jeszcze jeden szczegół sprawił, że Robert nie mógł oderwać od
niego wzroku. To coś nieuchwytnego, co sprawiało, że cała
fizjonomia dziewczynki przypominała mu córkę.
-
Jest zadziwiający, nieprawdaż? - dobiegło go zza pleców –
Często mi przypomina, że najpiękniejsze może być to niewidoczne,
to czego możemy się tylko domyślać, że istnieje.
-
Jak Atlantyda, życie w kosmosie, ciało żony przyjaciela Hindusa,
czy wolność dla kanarka?
-
Właśnie.
-
Zakazany owoc? Ponoć jest najsłodszy, ale w konsekwencji nie
przynosi nic dobrego.
-
Bywa. Ale to ciekawość ludzka. Sentyment do nieznanego. Dzięki
temu gatunek ludzki się rozwija i ma coraz większą wiedzę w
różnych dziedzinach.
Przeszli
do dalszej części domu. Pośrodku serpentyną wspinały się
schody, a tuż obok znajdowała się łazienka, z której Robert
chętnie skorzystał. Jedna ściana była wyłożona lustrami, co
sprawiało wrażenie, jakby podglądał sam siebie z ukrytej kamery.
Rozejrzał się z niepokojem, po niemal sterylnym pomieszczeniu i
skonstatował, że jest wielkości mniej więcej jego pokoju z
dawnych lat. Szczęśliwych lat.
Z
przyjemnością pogładził brzeg chromowanej obudowy kabiny
prysznicowej, w której tuż przy półce z ławeczką błyszczała
cała masa różnego rodzaju przycisków. Nawet nie próbował
domyślać się do czego służą. Ogromna, porcelanowa wanna w
dotyku była przyjemnie chłodna. Za regałem przypominającym
wyrafinowaną drogerię stała otwarta szafka z równiutko
poukładanymi ręcznikami grubości koców. Wiszący kompakt z
zabudowaną w ścianie spłuczką, ogromna w kształcie muszelki
umywalka i dwie mniejsze wiszące szafki dopełniały całości.
Wszelkie wykończenia, okucia, wieszaki w tym przyapdku wykonano z
chromowanej stali. Tę sterylność zakłócał jednak jeden
drobiazg: niewielki bluszcz ustawiony na osłoniętym żaluzją
oknie. Robert z przykrością pomyślał o swoim nadmorskim dobytku.
Śniadanie
zjedli w zupełnie innej części domu, w niewielkim pokoju z oknami
wychodzącymi na sad. Jajecznica na bekonie z grzankami, do tego
sałatka z pomidorów smakowała wybornie. Popijając czarną kawą
Robert uzmysłowił sobie, że nie próbował jej już od kilku lat.
Nie
zaskoczyły go warunki. Właściwie to tak właśnie sobie to w duchu
wyobrażał. Nic wielkiego. Mały pokoik w rogu hali miał jedno
niewielkie okno wychodzące na przejście między regałami,
zastawionymi dość sporymi pudłami, a biurem kierownika magazynu.
Przez chwilę stał oparty o biurko pod oknem i w zamyśleniu
przyglądał się swojemu nowemu domowi. Neutralne, pastelowe ściany,
niewielki fotel, tapczan, dwie szafki i ustawiony w pobliżu drzwi
wieszak. Nad tapczanem wisiała słomkowa mata z przypiętymi przez
kogoś widokówkami. W większości przedstawiały nadmorskie
miejscowości i piaszczyste polskie plaże.
Przysiadł
na tapczanie i odpiął pierwszą z brzegu, przedstawiającą port,
wydmy, jaskrawo oświetlony rząd tawern i plażę, zatłoczoną
samymi roześmianymi twarzami. Nie zastanawiając się specjalnie,
obrucił kartkę i zaczął czytać: Pozdrowienia z wakacji....
ble, ble, ble..
Już
miał odłożyć kartkę na biurko, ale jego wzrok zanotował jeszcze
pisane drobniutkimi literami P.S. Tu jest naprawdę cudownie.
Dzieciaki nie są takie straszne, nawet miłe te stwory i chętnie
pomagają w kuchni. Zostałabym tu na zawsze. Szkoda, że nie możesz
widzieć tych zachodów. Za dwa dni przyjeżdża nowy turnus
(ostatni). Całuję. Ewa
Przez
moment odczuwał zdziwienie, jak można na tak niewielkim skrawku
zmieścić tyle liter, ale szybko zastąpiło je zażenowanie. Poczuł
się jak podglądacz. Te kilka słów było prywatnym listem, którego
raczej nie powinien czytać. Odwrócił z powrotem kartkę i
zapatrzył się.
Z
tawernami niewiele miał wspólnego, ale za portem i plażą nagle
boleśnie zatęsknił. Twarz wykrzywił mu grymas ironicznego
uśmieszku. To chyba jasne, że nie tęskni za nędzą, tylko za
zapachem morza, jego litościwym chłodem w upały, cudownymi
zachodami słońca i zdawałoby się nieograniczoną przestrzenią.
Ale coś za coś. Odwieczny dylemat być albo mieć. W jego
wypadku oznaczał obdartą z godności wolność, lub wszechstronnie
ograniczający powrót do ustatkowanego życia.
Doskonale
zdawał sobie sprawę z fikcji takiego wyboru. W tej chwili, jeśli
chce przetrwać i jakimś cudem odzyskać córkę, ma tylko jedną
drogę. I na Boga... musi wykorzystać tę szansę!
Energicznymi
ruchami pościągał resztę kartek, z czcią wieszając na ich
miejscu starą fotografię.
Pozostawił
załączoną jedynie biurową lampkę, leżał wpatrując się w
zdjęcie i niemo rozmawiał z córką Musiał jej obiecać, tak...
obiecał jej, że od jutra postara się zmienić. Koniec z
sentymentami i użalaniem się. Melancholia nie jest dobrym sposobem
na życie. Jeszcze dziś pogrzebie wszystkie smutki, a od jutra
będzie energicznym, twardo stąpającym po ziemi facetem, bo tylko
tak może stać się godnym odzyskania tej namiastki rodziny. Nie
zawiedzie. Przyrzeka.
-
Szach i mat. - za każdym razem oblicze Roberta rozjaśniał ten sam
szczery uśmiech, jak u dziecka, które właśnie otrzymało
upragnioną zabawkę.
-
Gdzie? Do licha! Jak ty to robisz? Mógłbyś choć raz dać mi fory.
Robert
zanosił się beztroskim śmiechem. Od momentu, gdy zgadali się, że
kiedyś należał do klubu szachowego codzienna, popołudniowa
partyjka weszła im w nawyk. Zygmunt okazał się być dobrym szefem,
jednak tak podziwiane przez niego szachy nie były jego najmocniejszą
stroną.
-
Mowy nie ma. Dawno już wyszedłem z wprawy i coś mi się zdaje, że
specjalnie się podkładasz.
-
Nie łudź się. Gdyby nie jakieś głupie przeoczenie za każdym
razem, to nawet nie wiesz jak chętnie zobaczyłbym tego twojego
królika na kolanach. Ostatnio nawet kupiłem jakieś dwie mądre
książki o szachach, coś o taktyce i meczach Kasparowa, ale jak
zacząłem je przeglądać, to tylko wszystko mi się gorzej
poplątało. Widać szachy mogą fascynować – ciągnął,
układając pionki do następnej partii - ale nie każdy powinien w
nie grać.
-
Każdy. Każdy powinien, choć nie każdy będzie drugim Kasparowem.
A na początek od teraz: wyrzuć te książki w cholerę i zapomnij
co w nich było. Kiedy grasz, musisz się poczuć Królem. Zapomnij o
wszystkim i wyobraź sobie, że jesteś królem, który prowadzi
swoją armię na decydującą bitwę na śmierć i życie.
Obserwujesz ruchy obcych wojsk i zanim sam wykonasz jakiś swój
ruch, staraj się myśleć jak wódz, który analizuje i przewiduje
uchy przeciwnika, by obrać właściwą strategię. Użyj wyobraźni.
Czasami bądź sprytny, ale nie zapominaj, że czasami najprostsze
wyjścia są najlepsze.
-
Cóż, przemawiasz jak rasowy nauczyciel. Spróbujmy zatem.
Gdy
po około 20 minutach zaczynał mieć nadzieję, że może choć ten
jeden raz mu się uda, nagle musiał się ratować ucieczką samego
króla.
-
Skup się.
-
Ależ myślę.
-
Doskonale. Szach i mat.
Tym
razem Zygmunt śmiał się sam z siebie.
-
Wszystko szło w miarę dobrze, dopóki nie poczułeś się odrobinę
pewnie. Mam rację?
-
Jakbyś czytał w myślach.
Od
kilku dni chodził mu po głowie pewien pomysł. Do tej pory nie
przyznał się Robertowi, że gdy czasami w długie wieczory dopadała
go chimera samotności, serfował po internecie, wyszukując
wszelkich stron związanych tematycznie z szachami. Przez jakiś czas
zgłębiał różne sztuczki i próbował rozgrywać mecze on line,
jednak za każdym razem z dość kiepskim rezultatem. W zasadzie jego
wyniki były na stałym poziomie: przegrywał dość szybko, lub
bardzo szybko. I właśnie po jednym z takich rewelacyjnie krótkich
meczy wpadł na ten pomysł.
-
To na dziś tych upokorzeń w zupełności wystarczy. - Zatrzymał
przez chwilę wzrok na zdjęciu nad łóżkiem. Choć pytanie o nie
nieraz miał już na końcu języka, jednak podświadomie czół, że
nie ma prawa go zadawać. - Wiesz, mam dla ciebie pewną propozycję.
-
Kolejna propozycja nie do odrzucenia?
-
Ta pierwsza chyba nie wyszła ci na złe?
-
Też pytanie. To był mój najlepszy krok w ostatnich latach.
-
Sam więc widzisz. Ale wracając do sprawy... tym razem to ja cię
zapraszam na szachy, do mnie.
Kręte
chody wyprowadziły ich na piętro. Choć już od dwóch miesięcy
pracował u Zygmunta, jednak od dnia przyjazdu, nie licząc jednej
krótkiej wizyty, nigdy nie był u niego w domu. Zresztą, jak sam
sobie tłumaczył, był przecież tylko jednym z pracowników. Na
dodatek za sprawą ogromnego przypadku wyciągniętym z krainy nędzy
i bezdomności. O tym nigdy nie może zapomnieć.
Z
holu prowadziło czworo drzwi. Jedne z nich były otwarte na oścież.
Charakter pokoju, w którym się znaleźli, wyraźnie wskazywał na
to, iż jest to gabinet pana domu. Trzy regały z książkami, fotel,
biurko do pracy i biurko z komputerem. Okno wychodziło na sad, co
potęgowało ciszę i tak w miarę spokojnej dzielnicy. W takich
warunkach bez problemu można się oddać intelektualnej pracy.
Zdążył
jeszcze zarejestrować niewielki plik dokumentów na biurku, obok
oprawionego zdjęcia roześmianej kobiety z dziewczynką, stanowiącą
niemal replikę tej z obrazu w salonie na dole. Zygmunt właśnie
uruchamiał komputer, więc z ociąganiem odwrócił wzrok od
zdjęcia. Jeśli nawet zauważył jego zaskoczenie, to przynajmniej
niczego nie dał po sobie poznać.
-
Po co nam komputer?
-
To taka mała niespodzianka. Chciałbym, żebyś rozegrał partię
nie ze mną, tylko z komputerem.
-
Chyba żartujesz? Wiesz, ile lat nie miałem do czynienia z
komputerem? A jeśli coś zepsuję?
-
Nie zepsujesz. Tego akurat jestem pewien.
-
Ale ja nie. A jeśli ci coś wykasuję?
-
Nie taki diabeł... Pewnych rzeczy się ponoć nie zapomina. Ważnych
rzeczy tu nie trzymam, a system chroni się sam.
Jednak
mniej czasu zajęło Zygmuntowi uruchomienie odpowiedniego programu,
niż przekonanie Roberta do rozgrywki. Lecz gdy wreszcie wykonał
pierwszy ruch, świat dla niego przestał istnieć. Zygmunt mógł
jedynie z boku obserwować jego zmagania z maszyną. I choć pierwsza
partia zakończyła się niepowodzeniem Roberta, to do następnej nie
trzeba go było już tak mocno przekonywać.
Po
dwóch przegranych i czterech wygranych partiach Roberta, postanowili
sobie zrobić krótką przerwę. Pijąc zimne piwo gawędzili o
rzeczach neutralnych, nieistotnych, czy wręcz banalnych. Zygmunt
sprawiał wrażenie całkowicie rozluźnionego, zadowolonego z
siebie, gdy usłyszał:
-
Dlaczego właściwie to robisz?
-
Co takiego?
-
Sprawdzasz mnie. Rozumiałbym, gdybyś sprawdzał np. moją
uczciwość. Ale dlaczego sprawdzasz, na ile potrafię jeszcze grać?
-
Szukam celu. Zresztą nie wiem. To po prostu impuls. Ciekawość, jak
poradzisz sobie z programem. I muszę przyznać, że mi naprawdę
imponujesz.
-
Zanim się rozpłyniesz w pochwałach powinieneś wiedzieć, że taki
program to nie przeciwnik. Potrafi wykonywać jedynie te ruchy, jakie
ma zakodowane w danym ustawieniu.
-
Zatem, potrzebujesz prawdziwego przeciwnika – wszystko szło po
myśli Zygmunta – Będziemy musieli ci go znaleźć. Można zacząć
od gry on line.
Sobota
stała się jego ulubionym dniem tygodnia. Praca nie należała do
jakiejś nadzwyczaj ciężkiej. Właściwie należało do niego
pilnowanie ładu na regałach i przygotowywanie partii worków i
kartonów z gotowymi wyrobami do transportu dla odbiorców zgodnie ze
zleceniem. Nic, z czym nie mógłby sobie poradzić. Ostatnią
rzeczą, jaka do niego należała w soboty było przygotowanie sortu
na poniedziałkowy, poranny transport.
Z
panem Janem, kierownikiem magazynu, mieli swoją niepisaną umowę.
Pan Jan był leciwym, dość szorstkim i wiecznie zabieganym
człowieczkiem. Wszyscy wiedzieli, że choć jego syn dorabiał się
na kurzej farmie w okolicach Dublina i to, co zarobił, lekką ręką
trwonił na podróże po niemal wszystkich kontynentach, to jemu
samemu nie przelewało się. Odkąd kilka lat temu jego żona
zachorowała na stwardnienie rozsiane, a choroba drążyła jej ciało
w nadzwyczajnym tempie nawet według lekarzy, stawał się coraz
bardziej małomówny, zabiegany i zamknięty w swym wąskim świecie.
Wszyscy
widzieli, jak zawsze już od południa nosiła go niecierpliwość w
oczekiwaniu na moment, aż wreszcie będzie mógł zamknąć biuro. A
ponieważ Robert i tak mieszkał na miejscu, więc po pewnym czasie
zaczął zostawiać mu zlecenia na poniedziałek i klucze od
przesuwnej kraty, zamykającej halę magazynu, zamykał swoje biuro i
mrucząc coś pod nosem, co zapewne miało być formą pożegnania,
wychodził w pośpiechu.
Po
jego wyjściu atmosfera rozluźniała się. Robert spokojnie robił
swoje, po czym sprawdzał, czy wszystko się zgadza. Nim się
przebrał, przeważnie nikogo już nie było. Zamykał halę,
zostawiał klucz u siebie, po czym wychodził na obiad do pobliskiej
restauracji.
Sobota
była dniem oddechu. Nasycony obiadem udawał się na spacer. Z
początku robił sobie niezbyt odległe piesze wycieczki, by poznać
teren. Ale jesień sprzyjała, była piękna, prawdziwie polska i
złota, malująca drzewa żółciami, przez czerwienie do brązów.
Szczególnie upodobał sobie kierunek peryferii, gdzie w odległości
niecałej godziny marszu rozpościerał się spory las, przecinany
zakolami niewielkiej rzeki. Czasami po drugiej stronie dostrzegał
jednego lub dwa konie, ale z tej odległości nigdy nie był pewien,
czy czasem coś mu się nie przywidziało. Może to tylko kluczący w
oddali grzybiarze?
Pewnego
razu idąc w zamyśleniu ścieżką, nawet nie zauważył, gdy
otoczenie nabrało lżejszego charakteru, a po drugiej stronie rzeki
las nagle się kończył, ustępując miejsca otwartej przestrzeni. W
pewnej odległości od rzeki stał szereg budynków, z czego dwa były
wyjątkowo długie i z pewnością nie były mieszkalne. Aż
przystanął, gdy dostrzegł sześć harcujących na wybiegu koni. Od
tamtej pory lubił zapuszczać się w tę okolicę, przyglądać się
koniom i brodzącym kaczkom. Sobota była jego ulubionym dniem.
Ta
nie różniła się niczym od poprzednich. Gdy między monologiem
dokarmiał kaczki przyniesionymi bułkami spostrzegł, że niebo
zasłoniły ciężkie chmury i postanowił wracać.
Wciąż
się zastanawiał nad rozwiązaniem niedawno powstałego problemu.
Już kilka razy Zygmunt proponował mu, by się przeniósł do niego,
do jednego z i tak cały czas wolno stojących pokoi i namawiał go,
by wystartował w turnieju szachowym. Cóż, szachy były nieistotne,
ale mieszkanie i owszem. Jeśli chce odzyskać córkę, nie może
przecież mieszkać tak, jak teraz. Tylko, pomimo wszystko jest
jeszcze duma...
Był
jeszcze dość spory kawałek od zakładu,gdy jego wyostrzony
instynkt zaczął wyczuwać, że coś jest nie tak. Przyspieszył
kroku. Już z daleka zauważył wyjątkowo niespokojnie zachowujące
się psy. W pośpiechu niezręcznie otworzył bramę wjazdową i po
kilku susach był już przy budynku.
W
środku od razu dał się wyczuć dym. Na pierwszy rzut oka wszystko
niby wyglądało w porządku, ale dym nie mógł brać się znikąd.
Rozsunął kratę i puścił się biegiem w kierunku hali. Minął
kilka ciężkich maszyn, nim zauważył kłęby dymu wydobywające
się z magazynu materiałów. Jedno spojrzenie wystarczyło by
stwierdzić, że ma przed sobą ładne ognisko. Jeszcze kilka metrów,
a płomienie sięgną pomieszczenia używanego jako składzik farb,
klejów i różnych chemikaliów. Gdyby do tego doszło, rozpoczęłoby
się niezłe widowisko.
-
Niech to jasny szlak... - wiedział, że gdzieś tu widział gaśnice,
ale nawet nie pomyślał o szukaniu jej w tej chwili. I tak sam sobie
przecież z tym nie poradzi.
Zasłaniając
nos i usta połą kurtki biegiem lawirował pomiędzy maszynami,
przeleciał przez magazyn i zatrzymał się przed biurem kierownika.
Rozejrzał się nerwowo i w moment podjął decyzję. Nie miał
kluczy do biura, a jedynie tam znajdował się telefon. Próbował
staranować drzwi raz i drugi, w rezultacie czego jedynie skulił się
z bólu wywołanego potężnym uderzeniem.
-
Cholerne drzwi...
Szybko
przyjął inną taktykę i po solidnym kopniaku wreszcie znalazł się
w środku. Momentalnie dopadł telefonu i wystukał numer alarmowy
straży pożarnej. W słuchawce odezwał się słodki kobiecy głos:
-
Nie ma takiego numeru... nie ma takiego numeru...
Klnąc
siarczyście ponowił próbę z takim samym rezultatem. Dopiero za
trzecim razem usłyszał sygnał połączenia.
W
czasie, gdy bez żadnych wstępów i uprzejmości podawał adres,
zauważył spokojnie sobie stojącą w kącie gaśnicę. Nie bawiąc
się w porządne odkładanie słuchawki rzucił nią, porwał gaśnicę
i pobiegł z powrotem w kierunku pożaru. Po drodze sprawdził
gaśnicę – pianowa i niewielka, ale zawsze lepsze to, niż nic.
Po
chwili butla była pusta, a on sam krztusząc się dymem wycofał
się. Oczy łzawiły, w gardle gryzło i zaczynało brakować mu
powietrza. Wycofywał się rozglądając za czymś przydatnym w walce
z ogniem. Nagle, tuż obok na ścianie zauważył szafę ze sprzętem
p. poż. Kaszląc, łokciem zbił szybę i tylko modlił się w
duchu, by starczyło węża. Dym dławił go coraz bardziej i nim
ogarnęła go ciemność, zdążył jeszcze usłyszeć narastający
dźwięk syreny.
Gra cz. 2
Reviewed by Dorota Kuryło
on
lutego 10, 2018
Rating:
Reviewed by Dorota Kuryło
on
lutego 10, 2018
Rating:


Brak komentarzy: