Gra cz. 2





Za oknem łyse pola tworzyły przeplatankę z coraz mniejszymi lasami, laskami, zagajnikami. Przyglądając się, bez problemu mógł zaobserwować, jak początkowa lekkość ustępuje miejsca ciężkiej, gliniastej ziemi. Roślinność stopniowo staje się wypłowiała, szara i nawet drzewa zdają się sterczeć powykrzywiane z gałęziami, niczym reumatyczne koślawe kłykcie czarownicy. Jak z kiepskiego horroru dla niegrzecznych dzieci.
I to są niby te nasze płuca ziemi – pomyślał ironicznie – jeszcze trochę, byle tak dalej, a potrzebny im będzie przeszczep.
Wraz ze zmianą naturalnego otoczenia, zmieniał się też styl mijanych zabudowań. Te ledwie trzymające się kupy, zostawili już dawno za sobą. Czasami wyglądały, jak żywcem wyjęte z jakiejś zamierzchłej przeszłości. Parterowe, często jedno, lub dwuizbowe z niewielkimi oknami niewiele różniły się od stodół w obejściu, przy których stały wozy drabiniaste. Często budowane z drewnianych bali, malowane na pomarańczowo. Jakby czas w tych rejonach zatrzymał się dawno temu, a mieszkańcy mieli w nosie cały postęp cywilizacyjny.
Jeszcze kilkanaście minut wcześniej Robert zastanawiał się, kto też może dziś mieszkać w takich warunkach z własnej woli. Takie życie pasuje do jakiegoś nawiedzonego ekologa, choć z drugiej strony, czy ci ludzie żyjący bliżej natury nie są w pewien sposób szczęśliwsi od tych wiecznie zabieganych mieszczuchów i tzw. ludzi interesu? Doszedł do wniosku, że pewnie są.
Wraz z upływem czasu i biegiem pociągu, zabudowania zmieniły zupełnie charakter. Najpierw drewniane chałupy zaczęły ustępować miejsca murowanym, coraz bogatszym i gęściej skupionym domostwom, by po jakimś czasie mógł dostrzec w oddali zarys pierwszych betonowych osiedli.
Zrobiło mu się jakoś przykro, bo skoro zdążył już pokochać naturę i przestrzeń...
- Za jakieś pół godziny powinniśmy być już na miejscu. - dobiegł go głos Zygmunta.
Przyglądając się pejzarzom za oknem, zwrócił uwagę na jeszcze jedną prawidłowość. Wśród mijanych stacji i stacyjek, to te małe, zdawałoby się w zapadłych dziurach, miały swój niepowtarzalny urok. Bywały takie, na których czas zatrzymał się z pewnością co najmniej w początkach dwudziestego wieku, a może i wcześniej. Z okrągłymi, soczyście kwitnącymi, murowanymi klombami, równiutko przystrzyżonym zielonym trawnikiem, zielonymi drewnianymi ławkami na niewielkim peronie i budynkami, mogącymi opowiedzieć kawał historii. Czasem nawet na uboczu, w cieniu wierzby, drewniany wychodek żyje wspomnieniami wyciętego w drzwiach serca. Gdyby zatrzymać się na takiej stacyjce, to jakby odbyć małą, sentymentalną podróż w przeszłość.
Od jakiegoś już czasu zdecydowanie częściej przystawali na stacjach, które wydawały mu się pozbawione wyrazu. Całkowicie zniknęły staromodne latarnie, zastąpione światłem neonów, a stylowe budynki szarym, zimnym betonem, często zdobionym kolorowym sprayem, użytym przez pseudoartystów.
Robert pomyślał, że w zasadzie to też styl. A choć z napisów przeważnie można się było dowiedzieć czym się jest, z jakiego klanu, jakiemu klubowi bezpiecznie jest kibicować itd., to jednak jest to ekspresyjne wyrażanie umysłu pewnych grup, zapewne młodzieżowych. I szczerze można powiedzieć, że mamy to, co sami wychowaliśmy.
Choć z początku czuł się nieco dziwnie, gdy przemierzając dworcowy budynek stwierdził, że nikt mu się nie przygląda, w mgnieniu oka doszedł do wniosku, że wreszcie, że tak ma być. W końcu jest jednym z wielu milionów obywateli.
Pod dworcem zatrzymali się tylko na chwilę przy kiosku. Zygmunt kupił kilka porannych gazet i papierosy. Było dość chłodno i kupiony dzień wcześniej sweter bardzo się teraz Robertowi przydał. Pomimo iż ulice były mokre, (widać w nocy musiało padać) to parę metrów z boku automatycznie rozsuwanych drzwi, wśród sterty kartonów i szmat, gramoliła się coś mamrocząca do siebie pod nosem starsza kobieta. Przez chwilę przyglądał się tej scence i poczuł ukłucie w okolicy serca myśląc o własnej, spadającej z nieba szansie.
Za cały bagaż miał starą książkę, ze starym zdjęciem córki w środku. Przeszli za róg budynku i wsiedli do pierwszej z szeregu oczekujących taksówek. Zygmunt podał kierowcy adres, na który Robert nawet nie zwrócił uwagi. Gdy ruszyli, przyglądał się zwykłemu, codziennemu ruchowi ulicznemu dużego miasta. Czuł się jak dzikus, pchnięty w paszczę cywilizacji. Uliczny szum, odgłos mijanych tramwajów i aut przytłaczał go. Po jakichś piętnastu minutach, gdy wjechali w spokojniejsze dzielnice, nieco się rozluźnił.
Podobało mu się to, co widział przez okno. Spokojna ulica domów schowanych za ścianą zieleni i cisza, kojąca uszy po ulicznym gwarze. Z przyjemnością przymknął oczy, ucząc się okolicy przez zapachy docierające uchylonymi oknami. Wyraźnie odróżniał zapach igliwia. Już choćby z tego powodu, plus komfort na tylnym siedzeniu w zupełności wystarczyły, by poczuł się szczęśliwy. Słyszał, jak Zygmunt rozmawia przez telefon, lecz podniecony nieoczekiwanym zwrotem w swoim życiu, nawet nie próbował wyłapywać znaczenia słów.
Gdy otworzył oczy, stali przed bramą wjazdową. Po obu stronach niewysoki murek tylko częściowo przysłaniał rzędy sędziwych tui, chroniących domostwo przed wścibskim wzrokiem ciekawskich. Do wejścia prowadziła alejka przez wzorowo utrzymany, różany ogród. Sam dom też musiał mieć swoje lata. Nienagannie utrzymany, choć w niczym nie przypominał tych nowiutkich, ekskluzywnych willi.
Gdy weszli do środka, tym większe zrobił na Robercie wrażenie swą przestronnością i wybrednym, gustownym urządzeniem. Nie znał się co prawda na sztuce, ale miał dziwne przeczucie, że kolekcja obrazów zajmujących dwie ściany w pokoju gościnnym jeśli już nie jest, to z pewnością w przyszłości będzie niezwykle cenna. Szczególnie do serca przypadł mu jeden, przedstawiający dziewczynkę z końmi przy wodopoju. Wpatrywała się gdzieś poza ramy obrazu z silnym wyrazem zachwytu i zaskoczenia. Również koń, przy którym stała, wydawał się spoglądać w tamtą stronę. Obraz zdawał się prowokować i podszeptywać: zgadnij, co takiego zobaczyli, a czego nie pokazał malarz?
Ale jeszcze jeden szczegół sprawił, że Robert nie mógł oderwać od niego wzroku. To coś nieuchwytnego, co sprawiało, że cała fizjonomia dziewczynki przypominała mu córkę.
- Jest zadziwiający, nieprawdaż? - dobiegło go zza pleców – Często mi przypomina, że najpiękniejsze może być to niewidoczne, to czego możemy się tylko domyślać, że istnieje.
- Jak Atlantyda, życie w kosmosie, ciało żony przyjaciela Hindusa, czy wolność dla kanarka?
- Właśnie.
- Zakazany owoc? Ponoć jest najsłodszy, ale w konsekwencji nie przynosi nic dobrego.
- Bywa. Ale to ciekawość ludzka. Sentyment do nieznanego. Dzięki temu gatunek ludzki się rozwija i ma coraz większą wiedzę w różnych dziedzinach.
Przeszli do dalszej części domu. Pośrodku serpentyną wspinały się schody, a tuż obok znajdowała się łazienka, z której Robert chętnie skorzystał. Jedna ściana była wyłożona lustrami, co sprawiało wrażenie, jakby podglądał sam siebie z ukrytej kamery. Rozejrzał się z niepokojem, po niemal sterylnym pomieszczeniu i skonstatował, że jest wielkości mniej więcej jego pokoju z dawnych lat. Szczęśliwych lat.
Z przyjemnością pogładził brzeg chromowanej obudowy kabiny prysznicowej, w której tuż przy półce z ławeczką błyszczała cała masa różnego rodzaju przycisków. Nawet nie próbował domyślać się do czego służą. Ogromna, porcelanowa wanna w dotyku była przyjemnie chłodna. Za regałem przypominającym wyrafinowaną drogerię stała otwarta szafka z równiutko poukładanymi ręcznikami grubości koców. Wiszący kompakt z zabudowaną w ścianie spłuczką, ogromna w kształcie muszelki umywalka i dwie mniejsze wiszące szafki dopełniały całości. Wszelkie wykończenia, okucia, wieszaki w tym przyapdku wykonano z chromowanej stali. Tę sterylność zakłócał jednak jeden drobiazg: niewielki bluszcz ustawiony na osłoniętym żaluzją oknie. Robert z przykrością pomyślał o swoim nadmorskim dobytku.


Śniadanie zjedli w zupełnie innej części domu, w niewielkim pokoju z oknami wychodzącymi na sad. Jajecznica na bekonie z grzankami, do tego sałatka z pomidorów smakowała wybornie. Popijając czarną kawą Robert uzmysłowił sobie, że nie próbował jej już od kilku lat.


Nie zaskoczyły go warunki. Właściwie to tak właśnie sobie to w duchu wyobrażał. Nic wielkiego. Mały pokoik w rogu hali miał jedno niewielkie okno wychodzące na przejście między regałami, zastawionymi dość sporymi pudłami, a biurem kierownika magazynu. Przez chwilę stał oparty o biurko pod oknem i w zamyśleniu przyglądał się swojemu nowemu domowi. Neutralne, pastelowe ściany, niewielki fotel, tapczan, dwie szafki i ustawiony w pobliżu drzwi wieszak. Nad tapczanem wisiała słomkowa mata z przypiętymi przez kogoś widokówkami. W większości przedstawiały nadmorskie miejscowości i piaszczyste polskie plaże.
Przysiadł na tapczanie i odpiął pierwszą z brzegu, przedstawiającą port, wydmy, jaskrawo oświetlony rząd tawern i plażę, zatłoczoną samymi roześmianymi twarzami. Nie zastanawiając się specjalnie, obrucił kartkę i zaczął czytać: Pozdrowienia z wakacji.... ble, ble, ble..
Już miał odłożyć kartkę na biurko, ale jego wzrok zanotował jeszcze pisane drobniutkimi literami P.S. Tu jest naprawdę cudownie. Dzieciaki nie są takie straszne, nawet miłe te stwory i chętnie pomagają w kuchni. Zostałabym tu na zawsze. Szkoda, że nie możesz widzieć tych zachodów. Za dwa dni przyjeżdża nowy turnus (ostatni). Całuję. Ewa
Przez moment odczuwał zdziwienie, jak można na tak niewielkim skrawku zmieścić tyle liter, ale szybko zastąpiło je zażenowanie. Poczuł się jak podglądacz. Te kilka słów było prywatnym listem, którego raczej nie powinien czytać. Odwrócił z powrotem kartkę i zapatrzył się.
Z tawernami niewiele miał wspólnego, ale za portem i plażą nagle boleśnie zatęsknił. Twarz wykrzywił mu grymas ironicznego uśmieszku. To chyba jasne, że nie tęskni za nędzą, tylko za zapachem morza, jego litościwym chłodem w upały, cudownymi zachodami słońca i zdawałoby się nieograniczoną przestrzenią. Ale coś za coś. Odwieczny dylemat być albo mieć. W jego wypadku oznaczał obdartą z godności wolność, lub wszechstronnie ograniczający powrót do ustatkowanego życia.
Doskonale zdawał sobie sprawę z fikcji takiego wyboru. W tej chwili, jeśli chce przetrwać i jakimś cudem odzyskać córkę, ma tylko jedną drogę. I na Boga... musi wykorzystać tę szansę!
Energicznymi ruchami pościągał resztę kartek, z czcią wieszając na ich miejscu starą fotografię.
Pozostawił załączoną jedynie biurową lampkę, leżał wpatrując się w zdjęcie i niemo rozmawiał z córką Musiał jej obiecać, tak... obiecał jej, że od jutra postara się zmienić. Koniec z sentymentami i użalaniem się. Melancholia nie jest dobrym sposobem na życie. Jeszcze dziś pogrzebie wszystkie smutki, a od jutra będzie energicznym, twardo stąpającym po ziemi facetem, bo tylko tak może stać się godnym odzyskania tej namiastki rodziny. Nie zawiedzie. Przyrzeka.



- Szach i mat. - za każdym razem oblicze Roberta rozjaśniał ten sam szczery uśmiech, jak u dziecka, które właśnie otrzymało upragnioną zabawkę.
- Gdzie? Do licha! Jak ty to robisz? Mógłbyś choć raz dać mi fory.
Robert zanosił się beztroskim śmiechem. Od momentu, gdy zgadali się, że kiedyś należał do klubu szachowego codzienna, popołudniowa partyjka weszła im w nawyk. Zygmunt okazał się być dobrym szefem, jednak tak podziwiane przez niego szachy nie były jego najmocniejszą stroną.
- Mowy nie ma. Dawno już wyszedłem z wprawy i coś mi się zdaje, że specjalnie się podkładasz.
- Nie łudź się. Gdyby nie jakieś głupie przeoczenie za każdym razem, to nawet nie wiesz jak chętnie zobaczyłbym tego twojego królika na kolanach. Ostatnio nawet kupiłem jakieś dwie mądre książki o szachach, coś o taktyce i meczach Kasparowa, ale jak zacząłem je przeglądać, to tylko wszystko mi się gorzej poplątało. Widać szachy mogą fascynować – ciągnął, układając pionki do następnej partii - ale nie każdy powinien w nie grać.
- Każdy. Każdy powinien, choć nie każdy będzie drugim Kasparowem. A na początek od teraz: wyrzuć te książki w cholerę i zapomnij co w nich było. Kiedy grasz, musisz się poczuć Królem. Zapomnij o wszystkim i wyobraź sobie, że jesteś królem, który prowadzi swoją armię na decydującą bitwę na śmierć i życie. Obserwujesz ruchy obcych wojsk i zanim sam wykonasz jakiś swój ruch, staraj się myśleć jak wódz, który analizuje i przewiduje uchy przeciwnika, by obrać właściwą strategię. Użyj wyobraźni. Czasami bądź sprytny, ale nie zapominaj, że czasami najprostsze wyjścia są najlepsze.
- Cóż, przemawiasz jak rasowy nauczyciel. Spróbujmy zatem.
Gdy po około 20 minutach zaczynał mieć nadzieję, że może choć ten jeden raz mu się uda, nagle musiał się ratować ucieczką samego króla.
- Skup się.
- Ależ myślę.
- Doskonale. Szach i mat.
Tym razem Zygmunt śmiał się sam z siebie.
- Wszystko szło w miarę dobrze, dopóki nie poczułeś się odrobinę pewnie. Mam rację?
- Jakbyś czytał w myślach.
Od kilku dni chodził mu po głowie pewien pomysł. Do tej pory nie przyznał się Robertowi, że gdy czasami w długie wieczory dopadała go chimera samotności, serfował po internecie, wyszukując wszelkich stron związanych tematycznie z szachami. Przez jakiś czas zgłębiał różne sztuczki i próbował rozgrywać mecze on line, jednak za każdym razem z dość kiepskim rezultatem. W zasadzie jego wyniki były na stałym poziomie: przegrywał dość szybko, lub bardzo szybko. I właśnie po jednym z takich rewelacyjnie krótkich meczy wpadł na ten pomysł.
- To na dziś tych upokorzeń w zupełności wystarczy. - Zatrzymał przez chwilę wzrok na zdjęciu nad łóżkiem. Choć pytanie o nie nieraz miał już na końcu języka, jednak podświadomie czół, że nie ma prawa go zadawać. - Wiesz, mam dla ciebie pewną propozycję.
- Kolejna propozycja nie do odrzucenia?
- Ta pierwsza chyba nie wyszła ci na złe?
- Też pytanie. To był mój najlepszy krok w ostatnich latach.
- Sam więc widzisz. Ale wracając do sprawy... tym razem to ja cię zapraszam na szachy, do mnie.



Kręte chody wyprowadziły ich na piętro. Choć już od dwóch miesięcy pracował u Zygmunta, jednak od dnia przyjazdu, nie licząc jednej krótkiej wizyty, nigdy nie był u niego w domu. Zresztą, jak sam sobie tłumaczył, był przecież tylko jednym z pracowników. Na dodatek za sprawą ogromnego przypadku wyciągniętym z krainy nędzy i bezdomności. O tym nigdy nie może zapomnieć.
Z holu prowadziło czworo drzwi. Jedne z nich były otwarte na oścież. Charakter pokoju, w którym się znaleźli, wyraźnie wskazywał na to, iż jest to gabinet pana domu. Trzy regały z książkami, fotel, biurko do pracy i biurko z komputerem. Okno wychodziło na sad, co potęgowało ciszę i tak w miarę spokojnej dzielnicy. W takich warunkach bez problemu można się oddać intelektualnej pracy.
Zdążył jeszcze zarejestrować niewielki plik dokumentów na biurku, obok oprawionego zdjęcia roześmianej kobiety z dziewczynką, stanowiącą niemal replikę tej z obrazu w salonie na dole. Zygmunt właśnie uruchamiał komputer, więc z ociąganiem odwrócił wzrok od zdjęcia. Jeśli nawet zauważył jego zaskoczenie, to przynajmniej niczego nie dał po sobie poznać.
- Po co nam komputer?
- To taka mała niespodzianka. Chciałbym, żebyś rozegrał partię nie ze mną, tylko z komputerem.
- Chyba żartujesz? Wiesz, ile lat nie miałem do czynienia z komputerem? A jeśli coś zepsuję?
- Nie zepsujesz. Tego akurat jestem pewien.
- Ale ja nie. A jeśli ci coś wykasuję?
- Nie taki diabeł... Pewnych rzeczy się ponoć nie zapomina. Ważnych rzeczy tu nie trzymam, a system chroni się sam.
Jednak mniej czasu zajęło Zygmuntowi uruchomienie odpowiedniego programu, niż przekonanie Roberta do rozgrywki. Lecz gdy wreszcie wykonał pierwszy ruch, świat dla niego przestał istnieć. Zygmunt mógł jedynie z boku obserwować jego zmagania z maszyną. I choć pierwsza partia zakończyła się niepowodzeniem Roberta, to do następnej nie trzeba go było już tak mocno przekonywać.
Po dwóch przegranych i czterech wygranych partiach Roberta, postanowili sobie zrobić krótką przerwę. Pijąc zimne piwo gawędzili o rzeczach neutralnych, nieistotnych, czy wręcz banalnych. Zygmunt sprawiał wrażenie całkowicie rozluźnionego, zadowolonego z siebie, gdy usłyszał:
- Dlaczego właściwie to robisz?
- Co takiego?
- Sprawdzasz mnie. Rozumiałbym, gdybyś sprawdzał np. moją uczciwość. Ale dlaczego sprawdzasz, na ile potrafię jeszcze grać?
- Szukam celu. Zresztą nie wiem. To po prostu impuls. Ciekawość, jak poradzisz sobie z programem. I muszę przyznać, że mi naprawdę imponujesz.
- Zanim się rozpłyniesz w pochwałach powinieneś wiedzieć, że taki program to nie przeciwnik. Potrafi wykonywać jedynie te ruchy, jakie ma zakodowane w danym ustawieniu.
- Zatem, potrzebujesz prawdziwego przeciwnika – wszystko szło po myśli Zygmunta – Będziemy musieli ci go znaleźć. Można zacząć od gry on line.


Sobota stała się jego ulubionym dniem tygodnia. Praca nie należała do jakiejś nadzwyczaj ciężkiej. Właściwie należało do niego pilnowanie ładu na regałach i przygotowywanie partii worków i kartonów z gotowymi wyrobami do transportu dla odbiorców zgodnie ze zleceniem. Nic, z czym nie mógłby sobie poradzić. Ostatnią rzeczą, jaka do niego należała w soboty było przygotowanie sortu na poniedziałkowy, poranny transport.
Z panem Janem, kierownikiem magazynu, mieli swoją niepisaną umowę. Pan Jan był leciwym, dość szorstkim i wiecznie zabieganym człowieczkiem. Wszyscy wiedzieli, że choć jego syn dorabiał się na kurzej farmie w okolicach Dublina i to, co zarobił, lekką ręką trwonił na podróże po niemal wszystkich kontynentach, to jemu samemu nie przelewało się. Odkąd kilka lat temu jego żona zachorowała na stwardnienie rozsiane, a choroba drążyła jej ciało w nadzwyczajnym tempie nawet według lekarzy, stawał się coraz bardziej małomówny, zabiegany i zamknięty w swym wąskim świecie.
Wszyscy widzieli, jak zawsze już od południa nosiła go niecierpliwość w oczekiwaniu na moment, aż wreszcie będzie mógł zamknąć biuro. A ponieważ Robert i tak mieszkał na miejscu, więc po pewnym czasie zaczął zostawiać mu zlecenia na poniedziałek i klucze od przesuwnej kraty, zamykającej halę magazynu, zamykał swoje biuro i mrucząc coś pod nosem, co zapewne miało być formą pożegnania, wychodził w pośpiechu.
Po jego wyjściu atmosfera rozluźniała się. Robert spokojnie robił swoje, po czym sprawdzał, czy wszystko się zgadza. Nim się przebrał, przeważnie nikogo już nie było. Zamykał halę, zostawiał klucz u siebie, po czym wychodził na obiad do pobliskiej restauracji.
Sobota była dniem oddechu. Nasycony obiadem udawał się na spacer. Z początku robił sobie niezbyt odległe piesze wycieczki, by poznać teren. Ale jesień sprzyjała, była piękna, prawdziwie polska i złota, malująca drzewa żółciami, przez czerwienie do brązów. Szczególnie upodobał sobie kierunek peryferii, gdzie w odległości niecałej godziny marszu rozpościerał się spory las, przecinany zakolami niewielkiej rzeki. Czasami po drugiej stronie dostrzegał jednego lub dwa konie, ale z tej odległości nigdy nie był pewien, czy czasem coś mu się nie przywidziało. Może to tylko kluczący w oddali grzybiarze?
Pewnego razu idąc w zamyśleniu ścieżką, nawet nie zauważył, gdy otoczenie nabrało lżejszego charakteru, a po drugiej stronie rzeki las nagle się kończył, ustępując miejsca otwartej przestrzeni. W pewnej odległości od rzeki stał szereg budynków, z czego dwa były wyjątkowo długie i z pewnością nie były mieszkalne. Aż przystanął, gdy dostrzegł sześć harcujących na wybiegu koni. Od tamtej pory lubił zapuszczać się w tę okolicę, przyglądać się koniom i brodzącym kaczkom. Sobota była jego ulubionym dniem.
Ta nie różniła się niczym od poprzednich. Gdy między monologiem dokarmiał kaczki przyniesionymi bułkami spostrzegł, że niebo zasłoniły ciężkie chmury i postanowił wracać.
Wciąż się zastanawiał nad rozwiązaniem niedawno powstałego problemu. Już kilka razy Zygmunt proponował mu, by się przeniósł do niego, do jednego z i tak cały czas wolno stojących pokoi i namawiał go, by wystartował w turnieju szachowym. Cóż, szachy były nieistotne, ale mieszkanie i owszem. Jeśli chce odzyskać córkę, nie może przecież mieszkać tak, jak teraz. Tylko, pomimo wszystko jest jeszcze duma...
Był jeszcze dość spory kawałek od zakładu,gdy jego wyostrzony instynkt zaczął wyczuwać, że coś jest nie tak. Przyspieszył kroku. Już z daleka zauważył wyjątkowo niespokojnie zachowujące się psy. W pośpiechu niezręcznie otworzył bramę wjazdową i po kilku susach był już przy budynku.
W środku od razu dał się wyczuć dym. Na pierwszy rzut oka wszystko niby wyglądało w porządku, ale dym nie mógł brać się znikąd. Rozsunął kratę i puścił się biegiem w kierunku hali. Minął kilka ciężkich maszyn, nim zauważył kłęby dymu wydobywające się z magazynu materiałów. Jedno spojrzenie wystarczyło by stwierdzić, że ma przed sobą ładne ognisko. Jeszcze kilka metrów, a płomienie sięgną pomieszczenia używanego jako składzik farb, klejów i różnych chemikaliów. Gdyby do tego doszło, rozpoczęłoby się niezłe widowisko.
- Niech to jasny szlak... - wiedział, że gdzieś tu widział gaśnice, ale nawet nie pomyślał o szukaniu jej w tej chwili. I tak sam sobie przecież z tym nie poradzi.
Zasłaniając nos i usta połą kurtki biegiem lawirował pomiędzy maszynami, przeleciał przez magazyn i zatrzymał się przed biurem kierownika. Rozejrzał się nerwowo i w moment podjął decyzję. Nie miał kluczy do biura, a jedynie tam znajdował się telefon. Próbował staranować drzwi raz i drugi, w rezultacie czego jedynie skulił się z bólu wywołanego potężnym uderzeniem.
- Cholerne drzwi...
Szybko przyjął inną taktykę i po solidnym kopniaku wreszcie znalazł się w środku. Momentalnie dopadł telefonu i wystukał numer alarmowy straży pożarnej. W słuchawce odezwał się słodki kobiecy głos:
- Nie ma takiego numeru... nie ma takiego numeru...
Klnąc siarczyście ponowił próbę z takim samym rezultatem. Dopiero za trzecim razem usłyszał sygnał połączenia.
W czasie, gdy bez żadnych wstępów i uprzejmości podawał adres, zauważył spokojnie sobie stojącą w kącie gaśnicę. Nie bawiąc się w porządne odkładanie słuchawki rzucił nią, porwał gaśnicę i pobiegł z powrotem w kierunku pożaru. Po drodze sprawdził gaśnicę – pianowa i niewielka, ale zawsze lepsze to, niż nic.
Po chwili butla była pusta, a on sam krztusząc się dymem wycofał się. Oczy łzawiły, w gardle gryzło i zaczynało brakować mu powietrza. Wycofywał się rozglądając za czymś przydatnym w walce z ogniem. Nagle, tuż obok na ścianie zauważył szafę ze sprzętem p. poż. Kaszląc, łokciem zbił szybę i tylko modlił się w duchu, by starczyło węża. Dym dławił go coraz bardziej i nim ogarnęła go ciemność, zdążył jeszcze usłyszeć narastający dźwięk syreny.


Gra cz. 2 Gra cz. 2 Reviewed by Dorota Kuryło on lutego 10, 2018 Rating: 5

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.