sakra




Na północnym wschodzie gwiazdy rozświetlały niebo, a olbrzymia pomarańczowa tarcza księżyca co chwilę, jakby ze wstydu, okrywała się zasłoną z chmur i przechodzących fal dymu. Od strony zachodu wciąż jeszcze napełniała grozą łuna palonej wsi.
Doskonale wiedziała, że rozegranego dramatu jej mieszkańców, choć nigdy nie byli jej przychylni, nie będzie w stanie zapomnieć. Jej samej ledwie udało się ujść z życiem jedynie dlatego, że wcześniej uznana za czarownicę i nierządnicę została wypędzona ze wsi. Jakże ich wtedy nienawidziła. Serce przepełnione goryczą było w stanie przesyłać jedynie przekleństwa na plony i modły o zarazę, ale nigdy nie przyszła jej na myśl taka zemsta. To, co się rozegrało poprzedniego dnia, przechodziło najśmielsze oczekiwania najbardziej zatwardziałych mścicieli. Co chwilę powracał do niej odór palonych ciał i rozdzierające duszę echa krzyków. Zbierało jej się na mdłości.
Obmyła twarz w strumieniu i przykucnęła pod wpływem powtarzających się coraz częściej bóli. Nie miała w tym względzie doświadczenia, jednak przeczuwała, że na rozwiązanie będzie musiała jeszcze poczekać do wschodu. Miała nadzieję, że dziecko urodzi się martwe. Modliła się do przodków, by tak właśnie było, obawiając się spełnienia snów.
Tak, to prawda, często widziała przyszłość w snach, ale wiedźmą nie była. Kiedyś przecież, jeśli na przykład krowa pomimo starań nie była cielna, ludzie przychodzili do niej po poradę, a przecież nie znała się na zwierzętach. Tak samo było, jeśli panna miała wyjść z domu ? przychodzili z pytaniami, jak powinni ją wyposażyć, co doradzają jej sny. Wydawałoby się, że była przez to szanowana, ale to tylko pozory. Bo choć ludzie przychodzili do niej po różne porady, jednak w innych sytuacjach omijali jej skromne domostwo wielkim kołem z ukrywaną zawiścią w oczach, mamrocząc pod nosem formułki chroniące przed czarami i złym okiem. Czara nienawiści przechyliła się wtedy, gdy nękana od jakiegoś czasu powtarzającym się koszmarem, postanowiła ostrzec ludność przed zbliżającym się przeznaczeniem.
Od mniej więcej trzech miesięcy jej spokojne życie na skraju wsi zakłócał ten sam sen. Z początku po przebudzeniu pozostawało jedynie wrażenie czegoś nieprzyjemnego, które w ciągu dnia gdzieś się rozwiewało, jednak z biegiem czasu nabierało na sile, było coraz wyraźniejsze i coraz bardziej wżynało się w myśli w ciągu dnia. Po kilku tygodniach budziła się rano zlana potem z wizją pękającej drewnianej lalki, rozsypującej się na tysiące drzazg, spadających na błoto. W momencie, gdy już miały dosięgnąć lepkiej mazi, nagle przemieniały się w gwiazdy, a błoto w morze krwi, które po chwili ogarniały czerwone płomienie. Wiedziała, że nie jest to zwykły sen i że nie powinna go lekceważyć. I czym dłużej o nim myślała, tym większy ogarniał ją strach. Gdy do niemych obrazów dołączył przybierający za każdym razem na sile rozpaczliwy krzyk nieopisanego bólu, postanowiła ostrzec wieś.
I tu natrafiła na mur i całkowity brak zrozumienia. Gdy tylko starała się wytłumaczyć, że wsi grozi wielkie niebezpieczeństwo i powinni uciekać, ludzie zaczęli na nią sarkać, że pewnie znalazła doskonały sposób na zagarnięcie ich świętego mienia. A gdy starała się dotrzeć do nich tłumacząc, że przecież zwierzęta również powinni zabrać ze sobą i na jakiś czas ukryć się w górach, dopóki nie minie niebezpieczeństwo i że ona również z nimi pójdzie, więc nie ma mowy o żadnym przywłaszczaniu dobytku, zaczęły pojawiać się osądzające ją głosy. W jednej chwili zrozumiała, że teraz to ona była realnie zagrożona. Nim się spostrzegła, została okrzyknięta wiedźmą i kochanicą diabła. Chłopi jeden przez drugiego tłumaczyli, że skoro widzi przyszłość, to musiała w tym względzie zawrzeć pakt z diabłem. Mieszka na skraju wsi i nie trudno się domyśleć, że pewnie schodził nocami do niej z gór i wspólnie urządzali uczty. Wiadomo zresztą jak za swoje zdolności mu płaciła, bo przecież nie ma chłopa, a brzuch nie wziął się z powietrza. Powinna zostać ukamienowana jako nierządnica, ale co by wtedy z nimi zrobił jej kochanek diabeł?
W ten sposób, nim się spostrzegła, została wypędzona ze wsi. Załamana i przerażona nie miała pojęcia co z sobą począć. To prawda, że nie miała chłopa, a odpowiedzialny za jej stan był urodziwy syn mleczarki, który teraz najgłośniej przypominał sobie, że nieraz nocami nad jej chałupą z lasu przelatywał kruk. I z całą pewnością był to sam zły, bo nawet we mgle ślepia mu świeciły i zawsze siadał na kominie.
Tego, co się stało, szczególnie zdrady Deneka, który często jak pies podążał za nią, gdy wybierała się do lasu po zioła, nie potrafiła i nie chciała wybaczyć nawet w tak dramatycznej chwili. Pomyślała jedynie, że jeśli komuś w jakiś sposób uda się przeżyć, to z pewnością będzie opowiadał, że to jej kochanek diabeł w zemście zesłał na nich swoje czarcie bękarty. Ostatni raz spojrzała w stronę wioski i dla własnego bezpieczeństwa ruszyła w przeciwnym kierunku, wzdłuż potoku. Przedzierała się pomiędzy drzewami jedynie sprzed oczu usuwając zagradzające drogę gałęzie, które zdawały się specjalnie stawać jej na drodze, jakby chciały dać jej do zrozumienia, że mimo wszystko należy do tej przeklętej wspólnoty i jej miejsce jest w tej chwili pomiędzy zgliszczami. Nie zwracała jednak na to uwagi i dalej zawzięcie parła na przód. Wreszcie zmęczona drogą i powtarzającymi się bólami zeszła nieco w dół do potoku. Gdy siadała na jego skraju, we włosach miała drobne patyki, cała była brudna a opuchnięte bose stopy pokryte były mnóstwem zadrapań i drobnych skaleczeń. Zanurzając je w zimnej wodzie w pierwszej chwili przeszyta bólem cała zesztywniała, dopiero obmycie i stopniowe rozmasowanie przyniosło jej ulgę.
Jeszcze raz ochlapała znużoną twarz. Nachylona nad potokiem, odkryła w nim idealne odbicie nieskazitelnie pięknej twarzy. Ktoś inny z pewnością mógłby się zlęknąć, ale nie ona. Ona doskonale pamiętała tę twarz ze swoich jeszcze dziecięcych snów. I oto się spełniło... te niesamowite oczy, nim przestały ją odwiedzać na tyle lat, najpierw obiecały jej, że kiedyś do niej wrócą. I oto były.
Nie potrzebowała słów, by się z nimi porozumieć, wszystko odbywało się na poziomie myśli. Nie w uszach, ale w głowie słyszała pytanie
- Dlaczego uciekłaś i zostawiłaś ich w potrzebie? Miałaś im pomóc...
Ona sama prowadziła wewnętrzną walkę pomiędzy miłością do tych oczu a oburzeniem, że przecież jak to, przecież sami ją wygonili i ona teraz była zadowolona, że ktoś ją wyręczył, że nie musiała sama się mścić.
- Więc jesteś zadowolona z tego, co się stało?
- Tak! - Odpowiadały jej myśli i w tej chwili chciało jej się tańczyć.
- Więc patrz! - Odpowiedział głos w jej głowie.
Nagle woda zamieniła się w krew, płynęła pomiędzy kamieniami zamieniającymi się w znane jej chałupy. Wszędzie pełno było dzikich jeźdźców na spienionych koniach, wywijających pochodniami i wydających odgłosy podobne szczekaniu psów. W płomieniach stała karczma i dom Głuchego Zefka. Ludzie chowali się w oborach lub uciekali do lasu. Koło wiejskiej studni leżały rozpłatane na pół zwłoki starego młynarza, z których na kamienie wylewały się przecięte wnętrzności. Z każdą minutą robiło się coraz jaśniej od podpalanych po kolei zabudowań. Kobiety kryjące się po kątach w przerażeniu chowały dzieci w spódnice, koło szopy przyczajona w kucki w samej koszuli płakała córka karczmarza. Ludzie biegali w przerażeniu nie wiedząc, gdzie się ukryć. Panował nieopisany chaos, wrzask... jedynie jeźdźcy wyglądali na doskonale zorganizowanych. Utworzyli obręcz, zacieśniając ją coraz mocniej i zganiając ludzi w jedno miejsce, paląc po drodze wszystkie zabudowania. Zwierzęta w oborach przeraźliwie piszczały, kwiczały i wyły nim wydały ostatnie tchnienie w objęciach płomieni. Znalazło się kilku śmiałków, którzy próbowali wydostać się z zacieśniającej się obławy, ale natychmiast padali od cięcia zakrzywionej szabli. Wszędzie walały się pokiereszowane trupy i rozlane wnętrzności, na które z odległości spoglądały wygłodniałe psy. Wreszcie oprawcy pozostającą przy życiu garstkę ludzi upchali do ostatniej pozostającej w całości stodoły, którą później podpalili. Widać było, że ta rzeź sprawia im niekłamaną satysfakcję. Podczas gdy ze stodoły strzelały w górę płomienie, stali w okręgu wokół niej z uśmiechami na twarzach.
Sakra nie chciała dłużej patrzeć na koniec tych, których w gruncie rzeczy jeszcze nie tak dawno kochała. Chciała zakryć oczy, by nie widzieć, zakryć uszy, by nie słyszeć i zakryć nos, by nie czuć odoru palonych żywcem. Sama, nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęła wrzeszczeć i szarpać się.
Nagle wszystko się rozwiało. Słońce blado zaczęło oświetlać ziemię, potok spływał kryształowo czystą wodą, a po cudownych oczach nie było śladu. Tuż pod jej nogami, na samym brzeżku, delikatnie obmywane wodą leżało niemowlę płci męskiej. Sakra powiła syna.
sakra sakra Reviewed by Dorota Kuryło on lutego 10, 2018 Rating: 5

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.